Earthsea - chyba czytałem inną książkę, niż scenarzysta. Doprawdy, nie można było spodziewać się tak pomysłowej hybrydy "Czarnoksiężnika z Archipelagu" i "Grobowców Atuanu". Pomijając żenującą fabułę, zwrócę uwagę na dwie wybitnie fatalne sprawy - po pierwsze, rola Geda, który jakoś nie chciał być dumnym adeptem magii i z woli twórców filmu musiał wciąż zachowywać się jak, nie przymierzając, totalny frajer. Druga sprawa - ostatnia scena, kiedy przy pocałunku Geda i Tenar (no tak, co kogo obchodzi "Najdalszy brzeg" i "Tehanu", a nawet wymowa "Grobowców Atuanu"), wszyscy dookoła nich zaczynają się do siebie tulić, dając wyraz spontanicznej, braterskiej miłości. Ach, a w książce prawdziwym imieniem było imię "Ged", a nie "Krogulec", nie mam pojęcia, dlaczego trzeba to było zamienić.
Wiedźmin - Radkowiecki napisał wszystko. Zabójstwo Nenneke, wiedźmini renegaci, Falwick - Gwidon, Zamachowski jako Jaskier (tak, w końcu Zamachowski to podobny do elfa, długowłosy blondyn), plastikowe potwory, ten żałosny, biedny smok, robot grający Ciri, wrogowie atakujący Geralta z mieczem podniesionym do góry w ten sposób, aby wiedźmin mógł ich ciąć pod pachę... na plus można zapisać muzykę, plenery i Żebrowskiego. No i dziesiętnika Paździocha

DnD - no, ale czego tu się można było spodziewać. Metalowy stanik tej czarnej elfki był bardzo śmieszny, no i ten bezimienny krasnolud. W sumie mi się podobało, ot, dobry film dla śmiechu, co nie zmienia faktu, że był tragiczny.
Ostatni smok 2 - dowód na to, że wszystko można spieprzyć.
Całkiem fajny był "Willow", LOTR zaś to naprawdę filmowe arcydzieło. A ja sie cieszyłem, że nie było Bombadila, ponieważ już podczas lektury ten pan strasznie mnie żenował, zwłaszcza wtedy, kiedy śpiewał o Złotej Jagódce
