[Heroic Fantasy] La Grande Bataille

-
- Bosman
- Posty: 2482
- Rejestracja: środa, 26 lipca 2006, 22:20
- Numer GG: 1223257
- Lokalizacja: Free City Vratislavia/Sigil
- Kontakt:
[Heroic Fantasy] La Grande Bataille
Rekrutacja
Król spojrzał w dół, ze swej wysokiej, położonej ponad równiną loży. Przy nim siedziało kilkudziesięciu arystokratów, ich synowie, żony i córki, nieco niżej, na widowni umieszczonej na zboczach wzgórza. Z lasu, oddzielonego rozwieszonym między drzewami sznurem od łąki, wynurzali się po kolei zawodnicy. Zbieranina najdziwniejszych, najszlachetniejszych, najpotężniejszych, najszybszych... Wielki Turniej zawsze przyciągał wszystkich.
Po lewej stronie króla stał pusty tron, opuszczony przez jego żonę przed rokiem i nie zapełniony; starzec nie chciał nowej żony, szukał jednak kandydatek na księżne, żony swoich synów. Po prawej zaś kufer pełen złota i drogich kamieni, wartych łącznie sto tysięcy smoków. Nagroda dla zwycięzcy La Grande Battle, Wielkiego Turnieju...
Dobra, teraz będę porażająco szczery i okrutny. Potrzebuję wspaniałych, majestatycznych, epickich i heroicznych opisów walk. Żadnej nadmiernej fabuły, żadnej nadmiernej mechaniki, nie za wiele dialogów - czysta, brutalna walka. Turniej jeden na jednego systemem pucharowym, ostrą bronią (zabici są na bierząco wskrzeszani).
Potrzeba mi praktycznie dowolnej ilości graczy, którzy wcielą się w wojowników. Nie magów, nie łuczników, ale wojowników. Sami opiszcie co umiecie i jaką bronią walczycie - pamiętajcie jednak że potrzeba mi postaci wyrazistych i charakterystycznych, a nie szaraków. Rycerzy z magicznymi mieczami i w złotych zbrojach, czarno odzianych skrytobójców z dziesiątkami sztyletów, egzotycznych mistrzów z niezwykłą bronią, tarcz wysadzanych szmaragdami i całej reszty. Nie ograniczam was w doborze przedmiotów, czy to magicznych, czy niemagicznych, ani w waszych umiejętnościach, ani nawet w stylu pisania karty postaci (ale od razu mówię że historia w ogóle mnie nie obchodzi, bardziej opis wyglądu, charakteru, stylu walki i wyposażenia).
Jeszcze żeby nie pozostawić wątpliwości: każdy kto zgłosi się do turnieju ma prawo otrzymać na czas dowolnego pojedynku dowolną niemagiczną zbroję z zasobów królewskiej zbrojowni (skórznie, kolczugi, zbroje łuskowe i różne odmiany zbroi płytowych), a także niemagiczne tarcze i broń (miecze, topory, młoty, nadziaki, włócznie, halabardy, partyzany, różne odmiany broni obuchowej). Wszystko inne co chcecie, żeby pojawiło się na was i waszych rękach podczas turnieju, musi być opisane wcześniej.
Zasada doboru pojedynków - najsilniejsi z najsilniejszymi, najsłabsi z najsłabszymi. Zwycięstwo zależy od tego jak dobrze będziecie opisywać swoje poczyniana oraz od tego na jak dobre pomysły będziecie wpadać. Część pojedynków będzie rozgrywana między graczami, część - między graczami a NPC. Stawiam raczej na dość długie posty (w pojedynkach między graczami zwłaszcza), pisane pod nadzorem MG na komunikatorach czy czatach, albo na krótkie, ale często wymieniane, jeśli są trudności z takim spotkaniem.
Pytania i karty postaci w temacie, chyba że ktoś ma swojej karcie coś do ukrycia, to niech wersję oficjalną da tu, a szczegóły do mnie na gg 1223257.
Król spojrzał w dół, ze swej wysokiej, położonej ponad równiną loży. Przy nim siedziało kilkudziesięciu arystokratów, ich synowie, żony i córki, nieco niżej, na widowni umieszczonej na zboczach wzgórza. Z lasu, oddzielonego rozwieszonym między drzewami sznurem od łąki, wynurzali się po kolei zawodnicy. Zbieranina najdziwniejszych, najszlachetniejszych, najpotężniejszych, najszybszych... Wielki Turniej zawsze przyciągał wszystkich.
Po lewej stronie króla stał pusty tron, opuszczony przez jego żonę przed rokiem i nie zapełniony; starzec nie chciał nowej żony, szukał jednak kandydatek na księżne, żony swoich synów. Po prawej zaś kufer pełen złota i drogich kamieni, wartych łącznie sto tysięcy smoków. Nagroda dla zwycięzcy La Grande Battle, Wielkiego Turnieju...
Dobra, teraz będę porażająco szczery i okrutny. Potrzebuję wspaniałych, majestatycznych, epickich i heroicznych opisów walk. Żadnej nadmiernej fabuły, żadnej nadmiernej mechaniki, nie za wiele dialogów - czysta, brutalna walka. Turniej jeden na jednego systemem pucharowym, ostrą bronią (zabici są na bierząco wskrzeszani).
Potrzeba mi praktycznie dowolnej ilości graczy, którzy wcielą się w wojowników. Nie magów, nie łuczników, ale wojowników. Sami opiszcie co umiecie i jaką bronią walczycie - pamiętajcie jednak że potrzeba mi postaci wyrazistych i charakterystycznych, a nie szaraków. Rycerzy z magicznymi mieczami i w złotych zbrojach, czarno odzianych skrytobójców z dziesiątkami sztyletów, egzotycznych mistrzów z niezwykłą bronią, tarcz wysadzanych szmaragdami i całej reszty. Nie ograniczam was w doborze przedmiotów, czy to magicznych, czy niemagicznych, ani w waszych umiejętnościach, ani nawet w stylu pisania karty postaci (ale od razu mówię że historia w ogóle mnie nie obchodzi, bardziej opis wyglądu, charakteru, stylu walki i wyposażenia).
Jeszcze żeby nie pozostawić wątpliwości: każdy kto zgłosi się do turnieju ma prawo otrzymać na czas dowolnego pojedynku dowolną niemagiczną zbroję z zasobów królewskiej zbrojowni (skórznie, kolczugi, zbroje łuskowe i różne odmiany zbroi płytowych), a także niemagiczne tarcze i broń (miecze, topory, młoty, nadziaki, włócznie, halabardy, partyzany, różne odmiany broni obuchowej). Wszystko inne co chcecie, żeby pojawiło się na was i waszych rękach podczas turnieju, musi być opisane wcześniej.
Zasada doboru pojedynków - najsilniejsi z najsilniejszymi, najsłabsi z najsłabszymi. Zwycięstwo zależy od tego jak dobrze będziecie opisywać swoje poczyniana oraz od tego na jak dobre pomysły będziecie wpadać. Część pojedynków będzie rozgrywana między graczami, część - między graczami a NPC. Stawiam raczej na dość długie posty (w pojedynkach między graczami zwłaszcza), pisane pod nadzorem MG na komunikatorach czy czatach, albo na krótkie, ale często wymieniane, jeśli są trudności z takim spotkaniem.
Pytania i karty postaci w temacie, chyba że ktoś ma swojej karcie coś do ukrycia, to niech wersję oficjalną da tu, a szczegóły do mnie na gg 1223257.
What doesn't kill you, just makes you... Stranger.
But above all - I feel I'm still on my long trip to nothingness.
But above all - I feel I'm still on my long trip to nothingness.

-
- Bosman
- Posty: 2074
- Rejestracja: wtorek, 7 grudnia 2004, 07:23
- Numer GG: 6094143
- Lokalizacja: Roanapur
- Kontakt:
Re: [Heroic Fantasy] La Grande Bataille
Soleil
Wioska pogrążona była w ciszy. Nie było w tym nic dziwnego, bliskość kurhanów i coraz większa aktywność ich mieszkańców znacząco przyczyniły się do wyludnienia obszaru. Poza samotnym wędrowcem powoli idącym przez wioseczkę zapewne w promieniu wielu kilometrów nie było żywego ducha. Prosty wełniany płaszcz z kapturem był już do tego stopnia przesiąknięty, że woda spływała po nim strugami, niemal jak po magicznie impregnowanych tkaninach.
Wojownik stąpał lekko i cicho, wprawne oko z daleka poznałoby po jego ruchach, że nie obciąża go żadna niepotrzebna zbroja. Oko równie wprawne poznałoby, że całe jego ciało napięte jest jak sprężyna i gotowe by natychmiast rozpocząć walkę. Krok za krokiem zbliżał się do centrum wioski spustoszonej przez nieumarłych.
Wycie rozległo się, gdy był tuż przy stanowiącej geograficzny środek sioła studni. Płaszcz odleciał w tył, padając na ziemię przy mlaskających dźwiękach rozchlapywanego błota. Mężczyzna miał na sobie lekką skórzaną zbroję ozdobioną skomplikowanym malunkiem. Gdyby nie deszcz dałoby się pewnie dostrzec, że taki sam wzór, skomplikowane, jakby zastygłe w tańcu linie srebra i złota pokrywa całą skórę jego twarzy i odsłoniętych ramion. Długie, spięte z tyłu włosy również były złote i srebrne. W półmroku wydawały się po prostu splecionymi pasmami blond i siwymi, lecz w pełnym słońcu błyszczały jak szlachetny metal.
Dwie zawieszone dotychczas przy pasie buławy niewiadomo jak znalazły się w rękach wojownika. W sam raz by odeprzeć atak na poły tylko ludzkiego kształtu. Ciężki, czarny metal świsnął w powietrzu. Trzonki buław były długie i wąskie, niemal zwiewne, a głowice idealnie okrągłe i niewielkie, ale masa broni była znacznie większa niż mogłoby się wydawać. Strzyga trafiona w dwu miejscach na raz poleciała do tyłu z przeraźliwym rykiem. Na skórze stworu widać było oparzenia. W mroku zalśniły poświęcone symbole na broni. Sol Invictus – Słońce Niezwyciężone w prawicy i Luna Aeterna – Księżyc Wiekuisy w lewicy. Wojownik skoczył przed siebie unosząc prawą rękę do ciosu. Potwór uniósł pazurzaste łapy by osłonić głowę przed miażdżącym uderzeniem obucha. Zawył, gdy trzymana w drugiej dłoni buława, na odlew trafiła w pysk. Uderzenie od wewnętrznej było zaskakująco silne jak na jego typ. Umieszczone w jakiś sposób w skórze srebro i złoto na lewym ramieniu pogromcy zdawało się płonąć żywym ogniem, a linie, w jakie je spleciono wiły się w oczach i zmieniały kształty.
Strzyga oderwała się od przeciwnika i uskoczyła w tył. Zaczęła krążyć. Spojrzenie oczu w różnych kolorach, prawego złotego jak słońce i lewego srebrnego niczym księżyc w pełni, podążyło za drapieżnikiem, dopóki ten nie znalazł się za plecami wojownika. Skok był natychmiastowy, bez najmniejszego ostrzeżenia. Nikt nie miał szans uniknąć nagłego ataku czarnych poszarpanych szponów. A jednak ktoś uniknął. Mężczyzna zawirował w nagłym piruecie uderzając z obu rąk. Wzmocnione siłą odśrodkową uderzenie z głośnym chrupnięciem połamało żebra strzygi. Stwór wreszcie dał za wygraną, rzucił się do panicznej ucieczki.
Kapłan ruszył za nim. Człowiek nie mógłby dogonić pędzącej małpimi susami strzygi, lecz on już dawno porzucił swoje człowieczeństwo. Poświęcone przez Słońce i Księżyc pseudo tatuaże czyniły go czymś innym. Linie na nogach ożyły. Wspomnienie bólu, gdy nacinano jego ciało, głęboko, aż do samych kości i zalewano rany wrzącym metalem już dawno zbladło w jego pamięci. Teraz liczyła się tylko zesłana przez nieśmiało przebijające się przez chmury światło księżyca siła i szybkość. Biegł w tempie mogącym zawstydzić najszybszego z rumaków. Całe ciało wypełniało bijące z magicznych linii żywego srebra i żywego złota ciepło. Głuche chrupnięcie czaszki miażdżonej ciężkim obuchem w imię Prawdziwego Światła, Słońca Niezwyciężonego zabrzmiało w jego uszach jak muzyka chórów niebieskich.
Wioska pogrążona była w ciszy. Nie było w tym nic dziwnego, bliskość kurhanów i coraz większa aktywność ich mieszkańców znacząco przyczyniły się do wyludnienia obszaru. Na samym środku, tuż obok studni stała mała kapliczka poświęcona bliźniaczym bóstwom, Sol et Luna. Słońce i Księżyc. A gdzieś dalej, pośród pradawnych kurhanów toczyła się zajadła walka.
Wioska pogrążona była w ciszy. Nie było w tym nic dziwnego, bliskość kurhanów i coraz większa aktywność ich mieszkańców znacząco przyczyniły się do wyludnienia obszaru. Poza samotnym wędrowcem powoli idącym przez wioseczkę zapewne w promieniu wielu kilometrów nie było żywego ducha. Prosty wełniany płaszcz z kapturem był już do tego stopnia przesiąknięty, że woda spływała po nim strugami, niemal jak po magicznie impregnowanych tkaninach.
Wojownik stąpał lekko i cicho, wprawne oko z daleka poznałoby po jego ruchach, że nie obciąża go żadna niepotrzebna zbroja. Oko równie wprawne poznałoby, że całe jego ciało napięte jest jak sprężyna i gotowe by natychmiast rozpocząć walkę. Krok za krokiem zbliżał się do centrum wioski spustoszonej przez nieumarłych.
Wycie rozległo się, gdy był tuż przy stanowiącej geograficzny środek sioła studni. Płaszcz odleciał w tył, padając na ziemię przy mlaskających dźwiękach rozchlapywanego błota. Mężczyzna miał na sobie lekką skórzaną zbroję ozdobioną skomplikowanym malunkiem. Gdyby nie deszcz dałoby się pewnie dostrzec, że taki sam wzór, skomplikowane, jakby zastygłe w tańcu linie srebra i złota pokrywa całą skórę jego twarzy i odsłoniętych ramion. Długie, spięte z tyłu włosy również były złote i srebrne. W półmroku wydawały się po prostu splecionymi pasmami blond i siwymi, lecz w pełnym słońcu błyszczały jak szlachetny metal.
Dwie zawieszone dotychczas przy pasie buławy niewiadomo jak znalazły się w rękach wojownika. W sam raz by odeprzeć atak na poły tylko ludzkiego kształtu. Ciężki, czarny metal świsnął w powietrzu. Trzonki buław były długie i wąskie, niemal zwiewne, a głowice idealnie okrągłe i niewielkie, ale masa broni była znacznie większa niż mogłoby się wydawać. Strzyga trafiona w dwu miejscach na raz poleciała do tyłu z przeraźliwym rykiem. Na skórze stworu widać było oparzenia. W mroku zalśniły poświęcone symbole na broni. Sol Invictus – Słońce Niezwyciężone w prawicy i Luna Aeterna – Księżyc Wiekuisy w lewicy. Wojownik skoczył przed siebie unosząc prawą rękę do ciosu. Potwór uniósł pazurzaste łapy by osłonić głowę przed miażdżącym uderzeniem obucha. Zawył, gdy trzymana w drugiej dłoni buława, na odlew trafiła w pysk. Uderzenie od wewnętrznej było zaskakująco silne jak na jego typ. Umieszczone w jakiś sposób w skórze srebro i złoto na lewym ramieniu pogromcy zdawało się płonąć żywym ogniem, a linie, w jakie je spleciono wiły się w oczach i zmieniały kształty.
Strzyga oderwała się od przeciwnika i uskoczyła w tył. Zaczęła krążyć. Spojrzenie oczu w różnych kolorach, prawego złotego jak słońce i lewego srebrnego niczym księżyc w pełni, podążyło za drapieżnikiem, dopóki ten nie znalazł się za plecami wojownika. Skok był natychmiastowy, bez najmniejszego ostrzeżenia. Nikt nie miał szans uniknąć nagłego ataku czarnych poszarpanych szponów. A jednak ktoś uniknął. Mężczyzna zawirował w nagłym piruecie uderzając z obu rąk. Wzmocnione siłą odśrodkową uderzenie z głośnym chrupnięciem połamało żebra strzygi. Stwór wreszcie dał za wygraną, rzucił się do panicznej ucieczki.
Kapłan ruszył za nim. Człowiek nie mógłby dogonić pędzącej małpimi susami strzygi, lecz on już dawno porzucił swoje człowieczeństwo. Poświęcone przez Słońce i Księżyc pseudo tatuaże czyniły go czymś innym. Linie na nogach ożyły. Wspomnienie bólu, gdy nacinano jego ciało, głęboko, aż do samych kości i zalewano rany wrzącym metalem już dawno zbladło w jego pamięci. Teraz liczyła się tylko zesłana przez nieśmiało przebijające się przez chmury światło księżyca siła i szybkość. Biegł w tempie mogącym zawstydzić najszybszego z rumaków. Całe ciało wypełniało bijące z magicznych linii żywego srebra i żywego złota ciepło. Głuche chrupnięcie czaszki miażdżonej ciężkim obuchem w imię Prawdziwego Światła, Słońca Niezwyciężonego zabrzmiało w jego uszach jak muzyka chórów niebieskich.
Wioska pogrążona była w ciszy. Nie było w tym nic dziwnego, bliskość kurhanów i coraz większa aktywność ich mieszkańców znacząco przyczyniły się do wyludnienia obszaru. Na samym środku, tuż obok studni stała mała kapliczka poświęcona bliźniaczym bóstwom, Sol et Luna. Słońce i Księżyc. A gdzieś dalej, pośród pradawnych kurhanów toczyła się zajadła walka.
Spłodził największe potwory - wielkiego wilka Fenrira, węża Midgardsorma i boginię umarłych Hel.
Nordycka Zielona Lewica

Nordycka Zielona Lewica


-
- Bombardier
- Posty: 895
- Rejestracja: niedziela, 15 lutego 2009, 17:50
- Numer GG: 0
Re: [Heroic Fantasy] La Grande Bataille
Crokhan
Potężnie zbudowany mężczyzna kroczył leśną drogą, a echo jego potężnych kroków brzmiało w całej puszczy.
Wojownik miał długą, zaplecioną w warkoczyki i czarną brodę, i takiegoż samego koloru włosy, splecione w długi warkocz opadający mu na plecy. Wbity był w skórzaną zbroję, w niektórych miejscach błyszczała wypolerowana kolczuga. Przy pasie wisiała niewielka adekwatnie do rozmiarów mężczyzny, torba, w której jak wiedzieli niemal wszyscy, nosił swój święty symbol: Niewielkiego rozmiaru złoty posążek, przedstawiający osobę. Osoba owa była odziana w długi płaszcz, była łysa i była bardzo, ale to bardzo stara. Złoto złuszczyło się w paru miejscach. Miecz który niegdyś trzymała odłamał się widocznie w jednej z bitew w których uczęstniczył olbrzymi wojownik.
Szedł. Krok wybijał rytm. Wszystko w promieniu mili podskakiwało, gdy przechodził.
Był człekiem bardzo pobożnym. Wskazywał na to napis na jego ogromnym dwuręcznym mieczu, który nosił pod pachą. A mianowice: "W imię Syna, Ojca, Ducha - rżnij wroga od ucha do ucha"*
Crokhan wyjął z sakwy jabłko, włożył je całe na raz do ust, i szybko zjadł.
I wtedy zaszeleściły krzaki po lewej stronie dróżki.
Zwinnie niby lis jakiś, wojownik uskoczył w bok. Miecz znalazł się w jego dłoniach. Zamarł.
Rozległo się miarowe, oddzielone parosekundowymi przerwami warczenie. Crokhan czekał... krzaki warczały...
Rozmazany kształt wyleciał z leszczyny, wojownik rzucił się w bok, zabalansował ramionami.
Na scieżce stał dość sporych rozmiarów Gigantyczny Dzik, różniący się od zwykłego nochacza chyba tylko wzrostem, i sposobem żywienia. Gigant był mięsożerny.
Dzik skoczył, wodząc w Crokhana błyszczącymi kłami. Wojownik uskoczył w bok, dzik zachaczył o rąbek zbroji mężczyzny.
Kwiknął, zawrócił, momentalnie, bez impentu. Wojownik uskoczył ponownie, zwierz zawrócił, i poleciał na niego raz jeszcze. Tym razem Crokhan już czekał, z mieczem wzniesionym ku górze.
- Hruuuuga!! - wrzasnął.
Dzik zaszarżował, wojownik skoczył... obrócił się zręcznie w powietrzu, nad drapieżnikiem, i rąbnął go potężnym, zdającym się rozdzielić ziemię na pół, ciosem w dół.
Zwierz zaryczał. Krew siknęła z grzbietu, kręgosłup poszedł, bardziej pod naporem miecza niż od cięcia.
Crokhan wylądował obok na ziemi.
Wbił miecz po lewej stronie konającego przeciwnika, figurkę swojego boga postawił po prawej. Sam ukląkł przed nim, i powoli skłonił się, niemal dotykając szorstkiej sierści.
- Wann Natur Sammbrozie - rzekł czystym tonem.
Wstał, wyszarpnął miecz, wziął bożka.
I poszedł dalej, na turniej... na turniej... na turniej który był jego szansą
ILU POTRZEBA GRACZY??
* cytat pochodzący z Ogniem i Mieczem - jakby co -
Potężnie zbudowany mężczyzna kroczył leśną drogą, a echo jego potężnych kroków brzmiało w całej puszczy.
Wojownik miał długą, zaplecioną w warkoczyki i czarną brodę, i takiegoż samego koloru włosy, splecione w długi warkocz opadający mu na plecy. Wbity był w skórzaną zbroję, w niektórych miejscach błyszczała wypolerowana kolczuga. Przy pasie wisiała niewielka adekwatnie do rozmiarów mężczyzny, torba, w której jak wiedzieli niemal wszyscy, nosił swój święty symbol: Niewielkiego rozmiaru złoty posążek, przedstawiający osobę. Osoba owa była odziana w długi płaszcz, była łysa i była bardzo, ale to bardzo stara. Złoto złuszczyło się w paru miejscach. Miecz który niegdyś trzymała odłamał się widocznie w jednej z bitew w których uczęstniczył olbrzymi wojownik.
Szedł. Krok wybijał rytm. Wszystko w promieniu mili podskakiwało, gdy przechodził.
Był człekiem bardzo pobożnym. Wskazywał na to napis na jego ogromnym dwuręcznym mieczu, który nosił pod pachą. A mianowice: "W imię Syna, Ojca, Ducha - rżnij wroga od ucha do ucha"*
Crokhan wyjął z sakwy jabłko, włożył je całe na raz do ust, i szybko zjadł.
I wtedy zaszeleściły krzaki po lewej stronie dróżki.
Zwinnie niby lis jakiś, wojownik uskoczył w bok. Miecz znalazł się w jego dłoniach. Zamarł.
Rozległo się miarowe, oddzielone parosekundowymi przerwami warczenie. Crokhan czekał... krzaki warczały...
Rozmazany kształt wyleciał z leszczyny, wojownik rzucił się w bok, zabalansował ramionami.
Na scieżce stał dość sporych rozmiarów Gigantyczny Dzik, różniący się od zwykłego nochacza chyba tylko wzrostem, i sposobem żywienia. Gigant był mięsożerny.
Dzik skoczył, wodząc w Crokhana błyszczącymi kłami. Wojownik uskoczył w bok, dzik zachaczył o rąbek zbroji mężczyzny.
Kwiknął, zawrócił, momentalnie, bez impentu. Wojownik uskoczył ponownie, zwierz zawrócił, i poleciał na niego raz jeszcze. Tym razem Crokhan już czekał, z mieczem wzniesionym ku górze.
- Hruuuuga!! - wrzasnął.
Dzik zaszarżował, wojownik skoczył... obrócił się zręcznie w powietrzu, nad drapieżnikiem, i rąbnął go potężnym, zdającym się rozdzielić ziemię na pół, ciosem w dół.
Zwierz zaryczał. Krew siknęła z grzbietu, kręgosłup poszedł, bardziej pod naporem miecza niż od cięcia.
Crokhan wylądował obok na ziemi.
Wbił miecz po lewej stronie konającego przeciwnika, figurkę swojego boga postawił po prawej. Sam ukląkł przed nim, i powoli skłonił się, niemal dotykając szorstkiej sierści.
- Wann Natur Sammbrozie - rzekł czystym tonem.
Wstał, wyszarpnął miecz, wziął bożka.
I poszedł dalej, na turniej... na turniej... na turniej który był jego szansą
ILU POTRZEBA GRACZY??
* cytat pochodzący z Ogniem i Mieczem - jakby co -

to dalej ja, tylko mi kochany baziu ksywkę zmienił


-
- Bosman
- Posty: 2074
- Rejestracja: wtorek, 7 grudnia 2004, 07:23
- Numer GG: 6094143
- Lokalizacja: Roanapur
- Kontakt:
Re: [Heroic Fantasy] La Grande Bataille
Kot stwierdził, że ze względu na naturę sesji nowych można dołączać w locie więc górnego limitu zasadniczo nie ma.
Zaś jeśli chodzi o liczbę graczy potrzebną do rozpoczęcia to wstępnie podał liczbę 4.
Zaś jeśli chodzi o liczbę graczy potrzebną do rozpoczęcia to wstępnie podał liczbę 4.
Spłodził największe potwory - wielkiego wilka Fenrira, węża Midgardsorma i boginię umarłych Hel.
Nordycka Zielona Lewica

Nordycka Zielona Lewica


-
- Marynarz
- Posty: 249
- Rejestracja: wtorek, 8 kwietnia 2008, 12:31
- Numer GG: 2363991
- Lokalizacja: Skądinąd
Re: [Heroic Fantasy] La Grande Bataille
Kalam przemierzał pogrążone w ciemności ulice miasta. Jeszcze jeden cień pośród mroku. Jego umięśnione ciało okrywała miękka skórznia, której głęboka czerń sprawiała wrażenie pochłaniającej światło. Pod skórzanym kaftanem miękko szeleściła drobno „tkana” kolczuga. Spod kaptura wymsknęło się pasmo czarnych włosów, w ciemnoskórej twarzy błyszczało dwoje lodowato zimnych, błękitnych oczu. W dwóch długich pochwach umieszczonych pod pachami tkwiły dwa długie, ciężkie noże kethra. Rękojeść jednego z nich wykonana była z czarnego drewna, bogato rzeźbionego w nieokreślone wzory, drugi z nich opleciony był zwykłym rzemieniem i zakończony niedużą kulką z miękkiego metalu. Mimo potężnej budowy Kalam poruszał się cicho niczym kot, wtapiając się w cienie zalegające na ulicach. Nagle na jego drodze wyrosło pięć innych czarno odzianych postaci, w ich dłoniach lśniły miecze i sztylety. Kalam z całym pędem wpadł w grupę. Pierwszego z przeciwników uderzył czołem w twarz, dał się słyszeć wyraźny zgrzyt łamanych kości, a mężczyzna padł na ziemię targany drgawkami. W tym samym momencie Kalam wydobył swoje noże. Ostrze jednego z nich było czarne, błyszczały na nim złote drobinki. Drugi nóż był obusieczny, wykonany z matowej stali. Broń zatańczyła w dłoniach Kalama, z szeptem tnąc powietrze i ciała przeciwników, którzy nie byli przygotowani na to, że ktoś o takich gabarytach będzie aż tak szybki. Kalam tańczył wśród napastników, jego ruchy były całkowicie płynne, każde pchnięcie było przemyślane, żaden krok nie był przypadkowy. Ostrza atakujących uderzały zawsze o ułamek sekundy za późno, tnąc powietrze w miejscu w którym Kalam był jeszcze o mgnienie oka wcześniej. Z kolei każdy sztych Kalama trafiał w cel, siła asasyna, połączona z ciężarem jego broni, pozwalała na bezproblemowe przebijanie skórzni i kolczug jakie nosili jego przeciwnicy. Po kilkunastu uderzeniach serca na ziemi leżało bez ruchu pięć ciał, a w mroku zaułka niknęły powoli kroki oddalającego się zabójcy, który wiedział, że zanim dotrze do pałacu spotka jeszcze niejedną taką grupę. Nie bał się, wiedział, że żaden z członków gildii nie jest w stanie mu zagrozić.
DUB W NOSIE !
Sprawozdania z Drugich Międzynarodowych Warsztatów na Temat Nagich Myszy
Sprawozdania z Drugich Międzynarodowych Warsztatów na Temat Nagich Myszy

-
- Bombardier
- Posty: 639
- Rejestracja: niedziela, 1 października 2006, 17:54
- Numer GG: 10499479
- Lokalizacja: Stalowa Wola
Re: [Heroic Fantasy] La Grande Bataille
Niech będzie kolejna zrzyna perzyńskiej karty.
Ostrzoskrzydły
Słońce gasło, a horyzontem. Ostatnie jego promienie ledwie rozświetlały stary, gęsty las. Środkiem traktu równym, szybkim krokiem parła naprzód postać odziana w gruby, krwistoczerwony płaszcz z obszernym kapturem. Z chodu i budowy postaci można było wywnioskować męską płeć. Monotonny, nudny krajobraz tych ziem nudził podróżnika, a chłodniejszy od ojczystego klimat dawał się wyraźnie we znaki. Mężczyzna wstydził się z każdą ciarkę, która przeszła po jego plecach. To było oznaką słabości, która nie przystawała tak wspaniałemu wojownikowi jak on. Nie miał ze sobą niczego prócz broni. Jeśli nie pokonałby całej wędrówki, polegając tylko na swoich zdolnościach i wytrzymałości, to czy byłby godzien w ogóle pokazać się na turnieju, by reprezentować nowopowstałe królestwo?
***
Oczom rozbójników ukazała się samotna postać sunąca przez las. Monotonia i pewność z jaką sunęła, była niepokojąca. Upiór? Mag? Może samotny pyszałek. Nieznajomy zbliżał się. Uwagę przykuł jego płaszcz. Zasłaniał całe jego ciało i twarz, krój jego był niespotykany, a czerwony materiał, zdawał sie być czystym jedwabiem. Niejedna hrabina oddałaby swoje najcenniejsze klejnoty, za suknie z takiego materiału. Decyzja zapadła szybko. Należało podjąć ryzyko. Ich było pół tuzina. Nieznajomy był jeden.
***
Wojownik zauważył obecność grupy ludzi. Jego styl walki wymagał podzielnej uwagi, więc nie przerywając rozmyślań o nadchodzącym turnieju, parł przed siebie starając się lepiej dosłuchać tego, co działo się za zasłoną drzew. Nie było wątpliwości. To byli ludzie. Szeptali coś w tutejszym języku. Przed podróżą mężczyzna długo uczył się jego dziwnej składni i śmiesznie brzmiących słów. Nieraz rozmawiał w nim z miejscowymi, ale zawsze zaskakiwał go ten dziwny, powolny akcent.
Skoro tajemniczy ludzie się ukrywali, to albo chcieli się przed nim schować, albo wziąć go z zaskoczenia. W jego kraju druga opcja byłaby nie do pomyślenia. Wojownik nie zwalniał, nie zatrzymywał się, ani nie rozglądał. Nikt, wiedząc kim on jest, nie podejmowałby ryzyka walki z nim.
Napotkani ludzie wyraźnie nie posiadali tej zbawiennej wiedzy, bo wyskoczyli mu na przeciw, dumni z przygotowanej zasadzki. Dwóch miało gotowe do strzału kusze, dwóch włócznie, pozostali dwaj miecze.
-Tego właśnie potrzebowałem.- Powiedział głośno w swoim języku, obserwując zmieszanie przeciwników. Nic lepiej nie rozgrzewało zastałej krwi, niż walka. Niezauważalnie wyciągnął zza pazuchy dwa kamyki i maleńki latawiec z przyczepionym doń czymś na kształt fletu. Rzucił nimi. Kamyki zaczęły podskakiwać, wystukując rytm. Latawiec zawisł w powietrzu, a flet zaczął wydawać z siebie dźwięk tak niski, że ogarniający ciało dziwnym dreszczem.
Bandyci zamarli w przerażeniu. Mieli widocznie pecha natrafić na maga.
-To są moi mali muzykanci. Mam nadzieję, że na miejscu znajdę lepszych, bo choć ci są dzielni i sumienni, to nic nie zastąpi żywego grajka.- Powiedział powoli i dokładnie artykułując w języku atakujących, po czym zrzucił płaszcz.
Jeśli wcześniej można było nazwać zbójców zmieszanymi, to na ich aktualny stan nie było już określenia. Stał przed nimi potężnie zbudowany mężczyzna o dziwnym, złotawym kolorze skóry. Jego ciało pokrywały skomplikowane, wymyśle tatuaże, a jego twarz kryła przerażająca maska. Wykonane z czarnego, pozbawionego połysku, czarnego materiału oblicze potwora, mimo swojej prostoty (przedstawiała jedynie paszcze i dwa otwory na oczy) budziła grozę, spoglądając na przeciwników jak głodny drapieżca. Włosy dziwacznego nieznajomego sięgały za jego kolan. Miały kruczoczarny kolor i były starannie splecione w cienkie warkoczyki. Na końcu każdego z warkoczyków znajdował się mały dzwonek. Do pasów na jego plecach przymocowane były dwa, masywne proste ostrza z prostopadłą rękojeściami wyrastającącymi w jednej czwartej ich długości, wykonane z pięknie lśniącego, granatowego metalu. Najbardziej zadziwiającym faktem było to, że ubrany był jedynie w workowate spodnie. Masywne, metalowe nagolenniki i takież same, oplecione łańcuchami, uwieńczonymi hakami karwasze. Mimo, że z otworów w jego masce buchała para, on zdawał się nie odczuwać zimna.
Zaczął grzebać przy swoich karwaszach. Kusznicy wymierzyli w niego swe bronie. Dźwięki magicznego fletu wzniosły się, bębnienie kamyków przyspieszyło. Kusze wystrzeliły. Dziwny przeciwnik natychmiast przykucnął. Bełty przeleciały nad nim. Wyprostował się i rozkręcił łańcuchy. Bliźniacze haki świstały w powietrzu. Bandyci cofnęli się, by uniknąć bolesnego trafienia. Nagle z wielkim zgraniem i celnością haki poszybowały z góry na kuszników. Wbiły się głęboko w ciała ofiar. Wojownik szarpnął za nie z wielkim impetem. Z wrzaskiem bólu strzelcy poszybowali w stronę oprawcy. Gdy znaleźli się obok niego, on z impetem wyskoczył, skracając łańcuchy. Ofiary ataku poleciały dalej lżejsze o pokaźne kawałki ciała, które uderzyły z plaskiem właściwym martwemu mięsu o drzewa. Nie tracąc czasu, przerażający oponent już przed lądowaniem zaczął nakręcać z powrotem haki na karwasze. Przez chwilę odganiał się wirującymi kawałkami metalu od pozostałych czterech napastników, a gdy te z brzękiem wróciły na swoje miejsce, sięgnął po znajdujące się na jego plecach ostrza. Chwycił je tak, by biegły równoległe do przedramienia i zaczął do rytmu tańczyć w miejscu, tak by jego dzwonki zharmonizowały się z pozostałymi instrumentami. Przeciwnicy zaczęli powoli zbliżać się w jego stronę. Bali się. Zdawało im się, że spotkali demona.
Wyszczerzone oblicze potwora-maski zdawało się szydzić z przerażonych rozbójników. Gdy kamienie znów przyspieszyły tempo gry, a flet uderzył w wyższy ton, zbójcy rzucili się jednocześnie na odmieńca. W ułamku sekundy wyminął jednego szarżującego przestępce, ściął jak słomki włócznie dwóch kolejnych, a mierzący w gardło cios ostatniego zablokował... niezwykle wysoko uniesionym nagolennikiem. Nim czwórka obróciła pomysł panicznej ucieczki w czyn, wróg przeturlał się ze zwierzęcą zręcznośćią w tył i przeciął ich kamrata na pół zamaszystym cięciem. Dzwonki, kamyki i flet wygrywały szaloną muzykę. Dziką, rytmiczną, pobudzającą każdy mięsień ciała, poruszającą o każdą strunę umysłu. Wraz z nasilaniem się muzyki, ziemię zaściełały kolejne odcięte części ciała. Tancerz ostrzy zadawał ciosy, mieszając nadludzką precyzję, kocią zwinność i bestialską siłę. Głowa po głowie osuwała się szyi, aż wrogowie zamienili się w niemożliwą do przyporządkowania choć jednej osobie kupę poszatkowanych ciał. Muzyka ucichła. Zabójca otrzepał i narzucił na siebie płaszcz, zebrał instrumenty i ruszył w dalszą drogę. Ta walka była dokładnie tym czego potrzebował. Rozgrzała jego krew, dała rozrywkę i utwierdziła go w przekonaniu o swoim mistrzostwie w sztuce tańca wojennego. Na niebo wstąpiły już gwiazdy. Z ich obserwacji wynikało, że wciąż wędrowiec kieruje się w stronę celu. Jeśli uda mu się utrzymać tempo, to na turnieju będzie obecny w przeciągu dwóch dni.
Mam nadzieję, że nie przesadziłem, a karta przeszła.
Ostrzoskrzydły
Słońce gasło, a horyzontem. Ostatnie jego promienie ledwie rozświetlały stary, gęsty las. Środkiem traktu równym, szybkim krokiem parła naprzód postać odziana w gruby, krwistoczerwony płaszcz z obszernym kapturem. Z chodu i budowy postaci można było wywnioskować męską płeć. Monotonny, nudny krajobraz tych ziem nudził podróżnika, a chłodniejszy od ojczystego klimat dawał się wyraźnie we znaki. Mężczyzna wstydził się z każdą ciarkę, która przeszła po jego plecach. To było oznaką słabości, która nie przystawała tak wspaniałemu wojownikowi jak on. Nie miał ze sobą niczego prócz broni. Jeśli nie pokonałby całej wędrówki, polegając tylko na swoich zdolnościach i wytrzymałości, to czy byłby godzien w ogóle pokazać się na turnieju, by reprezentować nowopowstałe królestwo?
***
Oczom rozbójników ukazała się samotna postać sunąca przez las. Monotonia i pewność z jaką sunęła, była niepokojąca. Upiór? Mag? Może samotny pyszałek. Nieznajomy zbliżał się. Uwagę przykuł jego płaszcz. Zasłaniał całe jego ciało i twarz, krój jego był niespotykany, a czerwony materiał, zdawał sie być czystym jedwabiem. Niejedna hrabina oddałaby swoje najcenniejsze klejnoty, za suknie z takiego materiału. Decyzja zapadła szybko. Należało podjąć ryzyko. Ich było pół tuzina. Nieznajomy był jeden.
***
Wojownik zauważył obecność grupy ludzi. Jego styl walki wymagał podzielnej uwagi, więc nie przerywając rozmyślań o nadchodzącym turnieju, parł przed siebie starając się lepiej dosłuchać tego, co działo się za zasłoną drzew. Nie było wątpliwości. To byli ludzie. Szeptali coś w tutejszym języku. Przed podróżą mężczyzna długo uczył się jego dziwnej składni i śmiesznie brzmiących słów. Nieraz rozmawiał w nim z miejscowymi, ale zawsze zaskakiwał go ten dziwny, powolny akcent.
Skoro tajemniczy ludzie się ukrywali, to albo chcieli się przed nim schować, albo wziąć go z zaskoczenia. W jego kraju druga opcja byłaby nie do pomyślenia. Wojownik nie zwalniał, nie zatrzymywał się, ani nie rozglądał. Nikt, wiedząc kim on jest, nie podejmowałby ryzyka walki z nim.
Napotkani ludzie wyraźnie nie posiadali tej zbawiennej wiedzy, bo wyskoczyli mu na przeciw, dumni z przygotowanej zasadzki. Dwóch miało gotowe do strzału kusze, dwóch włócznie, pozostali dwaj miecze.
-Tego właśnie potrzebowałem.- Powiedział głośno w swoim języku, obserwując zmieszanie przeciwników. Nic lepiej nie rozgrzewało zastałej krwi, niż walka. Niezauważalnie wyciągnął zza pazuchy dwa kamyki i maleńki latawiec z przyczepionym doń czymś na kształt fletu. Rzucił nimi. Kamyki zaczęły podskakiwać, wystukując rytm. Latawiec zawisł w powietrzu, a flet zaczął wydawać z siebie dźwięk tak niski, że ogarniający ciało dziwnym dreszczem.
Bandyci zamarli w przerażeniu. Mieli widocznie pecha natrafić na maga.
-To są moi mali muzykanci. Mam nadzieję, że na miejscu znajdę lepszych, bo choć ci są dzielni i sumienni, to nic nie zastąpi żywego grajka.- Powiedział powoli i dokładnie artykułując w języku atakujących, po czym zrzucił płaszcz.
Jeśli wcześniej można było nazwać zbójców zmieszanymi, to na ich aktualny stan nie było już określenia. Stał przed nimi potężnie zbudowany mężczyzna o dziwnym, złotawym kolorze skóry. Jego ciało pokrywały skomplikowane, wymyśle tatuaże, a jego twarz kryła przerażająca maska. Wykonane z czarnego, pozbawionego połysku, czarnego materiału oblicze potwora, mimo swojej prostoty (przedstawiała jedynie paszcze i dwa otwory na oczy) budziła grozę, spoglądając na przeciwników jak głodny drapieżca. Włosy dziwacznego nieznajomego sięgały za jego kolan. Miały kruczoczarny kolor i były starannie splecione w cienkie warkoczyki. Na końcu każdego z warkoczyków znajdował się mały dzwonek. Do pasów na jego plecach przymocowane były dwa, masywne proste ostrza z prostopadłą rękojeściami wyrastającącymi w jednej czwartej ich długości, wykonane z pięknie lśniącego, granatowego metalu. Najbardziej zadziwiającym faktem było to, że ubrany był jedynie w workowate spodnie. Masywne, metalowe nagolenniki i takież same, oplecione łańcuchami, uwieńczonymi hakami karwasze. Mimo, że z otworów w jego masce buchała para, on zdawał się nie odczuwać zimna.
Zaczął grzebać przy swoich karwaszach. Kusznicy wymierzyli w niego swe bronie. Dźwięki magicznego fletu wzniosły się, bębnienie kamyków przyspieszyło. Kusze wystrzeliły. Dziwny przeciwnik natychmiast przykucnął. Bełty przeleciały nad nim. Wyprostował się i rozkręcił łańcuchy. Bliźniacze haki świstały w powietrzu. Bandyci cofnęli się, by uniknąć bolesnego trafienia. Nagle z wielkim zgraniem i celnością haki poszybowały z góry na kuszników. Wbiły się głęboko w ciała ofiar. Wojownik szarpnął za nie z wielkim impetem. Z wrzaskiem bólu strzelcy poszybowali w stronę oprawcy. Gdy znaleźli się obok niego, on z impetem wyskoczył, skracając łańcuchy. Ofiary ataku poleciały dalej lżejsze o pokaźne kawałki ciała, które uderzyły z plaskiem właściwym martwemu mięsu o drzewa. Nie tracąc czasu, przerażający oponent już przed lądowaniem zaczął nakręcać z powrotem haki na karwasze. Przez chwilę odganiał się wirującymi kawałkami metalu od pozostałych czterech napastników, a gdy te z brzękiem wróciły na swoje miejsce, sięgnął po znajdujące się na jego plecach ostrza. Chwycił je tak, by biegły równoległe do przedramienia i zaczął do rytmu tańczyć w miejscu, tak by jego dzwonki zharmonizowały się z pozostałymi instrumentami. Przeciwnicy zaczęli powoli zbliżać się w jego stronę. Bali się. Zdawało im się, że spotkali demona.
Wyszczerzone oblicze potwora-maski zdawało się szydzić z przerażonych rozbójników. Gdy kamienie znów przyspieszyły tempo gry, a flet uderzył w wyższy ton, zbójcy rzucili się jednocześnie na odmieńca. W ułamku sekundy wyminął jednego szarżującego przestępce, ściął jak słomki włócznie dwóch kolejnych, a mierzący w gardło cios ostatniego zablokował... niezwykle wysoko uniesionym nagolennikiem. Nim czwórka obróciła pomysł panicznej ucieczki w czyn, wróg przeturlał się ze zwierzęcą zręcznośćią w tył i przeciął ich kamrata na pół zamaszystym cięciem. Dzwonki, kamyki i flet wygrywały szaloną muzykę. Dziką, rytmiczną, pobudzającą każdy mięsień ciała, poruszającą o każdą strunę umysłu. Wraz z nasilaniem się muzyki, ziemię zaściełały kolejne odcięte części ciała. Tancerz ostrzy zadawał ciosy, mieszając nadludzką precyzję, kocią zwinność i bestialską siłę. Głowa po głowie osuwała się szyi, aż wrogowie zamienili się w niemożliwą do przyporządkowania choć jednej osobie kupę poszatkowanych ciał. Muzyka ucichła. Zabójca otrzepał i narzucił na siebie płaszcz, zebrał instrumenty i ruszył w dalszą drogę. Ta walka była dokładnie tym czego potrzebował. Rozgrzała jego krew, dała rozrywkę i utwierdziła go w przekonaniu o swoim mistrzostwie w sztuce tańca wojennego. Na niebo wstąpiły już gwiazdy. Z ich obserwacji wynikało, że wciąż wędrowiec kieruje się w stronę celu. Jeśli uda mu się utrzymać tempo, to na turnieju będzie obecny w przeciągu dwóch dni.
Mam nadzieję, że nie przesadziłem, a karta przeszła.

-
- Bosman
- Posty: 2482
- Rejestracja: środa, 26 lipca 2006, 22:20
- Numer GG: 1223257
- Lokalizacja: Free City Vratislavia/Sigil
- Kontakt:
Re: [Heroic Fantasy] La Grande Bataille
Odpowiadając Nesquelowi:
Do sesji wezmę zapewne wszystkich którzy się zgłoszą (najwyżej w pierwszych pojedynkach polegnie połowa graczy i od razu zrobi się luźniej
) także jak na razie wszystkie karty przyjęte 
Hm... Dla większości z was mam już zapewne pierwszych przeciwników, choć nie dam za to głowy - jak was przybędzie, to inni gracze ruszą do boju z wami, zamiast moich NPCów.
Do sesji wezmę zapewne wszystkich którzy się zgłoszą (najwyżej w pierwszych pojedynkach polegnie połowa graczy i od razu zrobi się luźniej


Hm... Dla większości z was mam już zapewne pierwszych przeciwników, choć nie dam za to głowy - jak was przybędzie, to inni gracze ruszą do boju z wami, zamiast moich NPCów.
What doesn't kill you, just makes you... Stranger.
But above all - I feel I'm still on my long trip to nothingness.
But above all - I feel I'm still on my long trip to nothingness.

-
- Majtek
- Posty: 100
- Rejestracja: sobota, 23 sierpnia 2008, 03:29
- Numer GG: 12017892
- Lokalizacja: Cieplice
Re: [Heroic Fantasy] La Grande Bataille
Aerion
- W IMIĘ PANA, GIŃCIE - Burza złota i mithrilu przebijała się poprzez zalane ciemnościami korytarze podziemnych grot, jedynie blask, roztaczający się wokoło przybysza pozwalał dojrzeć masakrę rozgrywającą się dookoła - JAM AERION NIEZWYCIĘŻONY, POGROMCA SMOKA Z LUA! - Aerion parł do przodu, na jego spotkanie wylewały się kolejne fale orkijskich wojowników, bestie pędziły atakując odzianego w masywne metalowe płyty, boskiego wybrańca - JAM TEN CO OCZYŚCIŁ KARAZ Z DEMONICZNEJ ZARAZY! - Krzyczał, a głos jego był niczym dzwon, jego ręce zamiatały korytarz potężnymi uderzeniami dwuręcznego miecza, ostrze rozcinało wszystko na swojej drodze, nieważne czy był to wróg czy ściana - JAM SŁUGA PANA, JAM TEN KTÓRY ROZGROMIŁ ARMIE KURRUTH! - Poteżne cielsko Aeriona wybiło się do przodu, uderzeniem barku rozbił ścianę, dostając się do kolejnego pomieszczenia, w jego oczach płonęła nienawiść, szybki niczym wąż, silny niczym troll, nic nie mogło powstrzymać jego pochodu...
- Tak bestie, sprowadźcie najsilniejszych z waszego plugawego rodzaju, wiedzcie jednak że skazani jesteście na zagładę, albowiem ON jest ze mną! - Wojownik zakrzyknął uradowany na widok potężnego trolla, pędzącego na niego korytarzem i on więc zaszarżował, ponad dwa metry mięśni odzianych w mithril i złoto, naprzeciw skóry twardej niczym najmocniejsza stal, miecz migbłystalny zderzył się z pazurami grubymi niczym ramię, burza długich, jasnych włosów i spojrzenie błękitnych oczu, spotkały się ze zgniłym oddechem i ropiejącymi bliznami...
Aerion tańczył niemal wokoło bestii, zadziwiająca była zwinność, z jaką poruszał się mając na sobie płyty pancerza grube na palec, i to jego palec, troll krwawił już z dziesiątek ran, zamachnął się łapskiem, wyrywając kawał ściany i uderzył na palladyna, w końcu udało mu się trafić, Aerion uderzył o ścianę, a miecz wypadł z jego dłoni, troll ruszył na niego z jeszcze większą furią, jego ryk niósł się echem po korytarzach, wojownik nie miał szans dosięgnąć miecza, jego masywne niczym niedźwiedzie łby pięści uderzyły więc we wroga, poświęcona stal miażdżyła kości i odrywała płaty skóry, troll zdołał jednak pochwycić w końcu Aeriona w pasie, przysunął jego głowę do swej paszczy. - JAM AERION, ZGUBA WROGÓW, POCHODNIA WŚRÓD CIEMNOŚCI, RYCERZ PANA! - krzyk wojownika zagłuszył nawet ryk trolla, pięści palladyna pochwyciły opadające szczęki potwora, po czym zaczęły rozwierać je coraz mocniej, rozrywając mięśnie tak długo, aż krew trysnęła strumieniem z rozerwanej szczęki stwora, czarna posoka zalała złote płyty zbroi Aeriona, ten wzniósł potężny okrzyk bojowy i ją uderzać pięścią, w górną szczękę bestii, rozbijając kościec i wyrywając kawałki mózgu...
Pośród mroków jaskini, na zwłokach trolla, klęczała jaśniejąca złotym światłem postać, miecz wbiła głęboko w cielsko bestii, głowę oparła na rękojeści, tkwiła tam niczym skała, jeno usta poruszały się delikatnie wznosząc modlitwę do Boga....
- W IMIĘ PANA, GIŃCIE - Burza złota i mithrilu przebijała się poprzez zalane ciemnościami korytarze podziemnych grot, jedynie blask, roztaczający się wokoło przybysza pozwalał dojrzeć masakrę rozgrywającą się dookoła - JAM AERION NIEZWYCIĘŻONY, POGROMCA SMOKA Z LUA! - Aerion parł do przodu, na jego spotkanie wylewały się kolejne fale orkijskich wojowników, bestie pędziły atakując odzianego w masywne metalowe płyty, boskiego wybrańca - JAM TEN CO OCZYŚCIŁ KARAZ Z DEMONICZNEJ ZARAZY! - Krzyczał, a głos jego był niczym dzwon, jego ręce zamiatały korytarz potężnymi uderzeniami dwuręcznego miecza, ostrze rozcinało wszystko na swojej drodze, nieważne czy był to wróg czy ściana - JAM SŁUGA PANA, JAM TEN KTÓRY ROZGROMIŁ ARMIE KURRUTH! - Poteżne cielsko Aeriona wybiło się do przodu, uderzeniem barku rozbił ścianę, dostając się do kolejnego pomieszczenia, w jego oczach płonęła nienawiść, szybki niczym wąż, silny niczym troll, nic nie mogło powstrzymać jego pochodu...
- Tak bestie, sprowadźcie najsilniejszych z waszego plugawego rodzaju, wiedzcie jednak że skazani jesteście na zagładę, albowiem ON jest ze mną! - Wojownik zakrzyknął uradowany na widok potężnego trolla, pędzącego na niego korytarzem i on więc zaszarżował, ponad dwa metry mięśni odzianych w mithril i złoto, naprzeciw skóry twardej niczym najmocniejsza stal, miecz migbłystalny zderzył się z pazurami grubymi niczym ramię, burza długich, jasnych włosów i spojrzenie błękitnych oczu, spotkały się ze zgniłym oddechem i ropiejącymi bliznami...
Aerion tańczył niemal wokoło bestii, zadziwiająca była zwinność, z jaką poruszał się mając na sobie płyty pancerza grube na palec, i to jego palec, troll krwawił już z dziesiątek ran, zamachnął się łapskiem, wyrywając kawał ściany i uderzył na palladyna, w końcu udało mu się trafić, Aerion uderzył o ścianę, a miecz wypadł z jego dłoni, troll ruszył na niego z jeszcze większą furią, jego ryk niósł się echem po korytarzach, wojownik nie miał szans dosięgnąć miecza, jego masywne niczym niedźwiedzie łby pięści uderzyły więc we wroga, poświęcona stal miażdżyła kości i odrywała płaty skóry, troll zdołał jednak pochwycić w końcu Aeriona w pasie, przysunął jego głowę do swej paszczy. - JAM AERION, ZGUBA WROGÓW, POCHODNIA WŚRÓD CIEMNOŚCI, RYCERZ PANA! - krzyk wojownika zagłuszył nawet ryk trolla, pięści palladyna pochwyciły opadające szczęki potwora, po czym zaczęły rozwierać je coraz mocniej, rozrywając mięśnie tak długo, aż krew trysnęła strumieniem z rozerwanej szczęki stwora, czarna posoka zalała złote płyty zbroi Aeriona, ten wzniósł potężny okrzyk bojowy i ją uderzać pięścią, w górną szczękę bestii, rozbijając kościec i wyrywając kawałki mózgu...
Pośród mroków jaskini, na zwłokach trolla, klęczała jaśniejąca złotym światłem postać, miecz wbiła głęboko w cielsko bestii, głowę oparła na rękojeści, tkwiła tam niczym skała, jeno usta poruszały się delikatnie wznosząc modlitwę do Boga....
Ostatnio zmieniony czwartek, 2 kwietnia 2009, 22:21 przez Jabberwocky, łącznie zmieniany 2 razy.
"Beware the Jabberwock, my son!
The jaws that bite, the claws that catch!
Beware the Jubjub bird, and shun
The frumious Bandersnatch!"
Wkrocz w świat mrocznego milenium
The jaws that bite, the claws that catch!
Beware the Jubjub bird, and shun
The frumious Bandersnatch!"
Wkrocz w świat mrocznego milenium

-
- Bosman
- Posty: 2074
- Rejestracja: wtorek, 7 grudnia 2004, 07:23
- Numer GG: 6094143
- Lokalizacja: Roanapur
- Kontakt:
Re: [Heroic Fantasy] La Grande Bataille
Jabberwocky - niby wszystko ładnie, pięknie ale czuję się nieco zwiedzony. Flamberg z kości smoka? Jak to? Dlaczego? Gdzie się podział Miecz Migbłystalny? Gdzie tradycja? Banderzwierz przewraca się w grobie! Ot co!
Spłodził największe potwory - wielkiego wilka Fenrira, węża Midgardsorma i boginię umarłych Hel.
Nordycka Zielona Lewica

Nordycka Zielona Lewica


-
- Bosman
- Posty: 2482
- Rejestracja: środa, 26 lipca 2006, 22:20
- Numer GG: 1223257
- Lokalizacja: Free City Vratislavia/Sigil
- Kontakt:
Re: [Heroic Fantasy] La Grande Bataille
ser Gregor Cleagan
Przed listą z zapisami na La Grande Bataille stał... Olbrzym. Ser Gregor, rycerz Gwardii Królewskiej Pierwszego Królestwa, mierzył co najmniej osiem stóp wzrostu i ważył najmniej czterysta funtów.
W końcu nie bez powodu mówiono o nim Góra Która Chodzi.
Tego dnia nie miał na sobie pancerza, nie jechał też konno. Czerwonobrązowy strój jaki przywdział przywodził na myśl kolor ziemi na niewysokim pagórku; i gdyby rycerz postanowił przykucnąć, zapewne niejedno dziecko byłoby w stanie bawić się na najbardziej zabójczym z istniejących wzgórz. Przy pasie miał miecz, który przy bliższym poznaniu okazywał się być dwuręcznym. Rzecz jasna, dwuręcznym dla normalnego użytkownika. Ser Gregor sprawiał wrażenie jakby używał go w charakterze wykałaczki. I każdy kto widział go w boju wiedział że to niemal prawda - w rzeczywistości walczył mieczem jeszcze o połowę dłuższym, dzierżąc go jako bastarda, miecz półtoraręczny, mimo że ważył tak wiele iż przeciętny rycerz nie był w stanie go unieść.
W końcu odwrócił się i ruszył niespiesznie w stronę karczmy w której się zatrzymał. Poruszał się niespiesznie, ale była to powolność lodowca, pozornie łatwa do uniknięcia, ale w rzeczywistości celowa i niepowstrzymana.
Zastanawiał się kogo postawi przed nim los.
NOTKA:
Weekend mam bardzo, bardzo zajęty przez wiele różnych osób na wiele różnych sposobów, więc zaczniemy w poniedziałek
Czekamy na razie jeszcze co najmniej na Anta i Setha, więc wygląda na to że zabawa będzie przednia. Jabberwocky - błagam! - uważaj na interpunkcję. W ostateczności stosuj podejście że jak nie wiesz czy stawaiać przecinek, to stawiaj 
Przed listą z zapisami na La Grande Bataille stał... Olbrzym. Ser Gregor, rycerz Gwardii Królewskiej Pierwszego Królestwa, mierzył co najmniej osiem stóp wzrostu i ważył najmniej czterysta funtów.
W końcu nie bez powodu mówiono o nim Góra Która Chodzi.
Tego dnia nie miał na sobie pancerza, nie jechał też konno. Czerwonobrązowy strój jaki przywdział przywodził na myśl kolor ziemi na niewysokim pagórku; i gdyby rycerz postanowił przykucnąć, zapewne niejedno dziecko byłoby w stanie bawić się na najbardziej zabójczym z istniejących wzgórz. Przy pasie miał miecz, który przy bliższym poznaniu okazywał się być dwuręcznym. Rzecz jasna, dwuręcznym dla normalnego użytkownika. Ser Gregor sprawiał wrażenie jakby używał go w charakterze wykałaczki. I każdy kto widział go w boju wiedział że to niemal prawda - w rzeczywistości walczył mieczem jeszcze o połowę dłuższym, dzierżąc go jako bastarda, miecz półtoraręczny, mimo że ważył tak wiele iż przeciętny rycerz nie był w stanie go unieść.
W końcu odwrócił się i ruszył niespiesznie w stronę karczmy w której się zatrzymał. Poruszał się niespiesznie, ale była to powolność lodowca, pozornie łatwa do uniknięcia, ale w rzeczywistości celowa i niepowstrzymana.
Zastanawiał się kogo postawi przed nim los.
NOTKA:
Weekend mam bardzo, bardzo zajęty przez wiele różnych osób na wiele różnych sposobów, więc zaczniemy w poniedziałek


What doesn't kill you, just makes you... Stranger.
But above all - I feel I'm still on my long trip to nothingness.
But above all - I feel I'm still on my long trip to nothingness.

-
- Majtek
- Posty: 100
- Rejestracja: sobota, 23 sierpnia 2008, 03:29
- Numer GG: 12017892
- Lokalizacja: Cieplice
Re: [Heroic Fantasy] La Grande Bataille
Kajam się i zmieniam natychmiastowo, słabowałem najwyraźniej umysłowo i umkło mi to z pamięciPerzyn pisze:Jabberwocky - niby wszystko ładnie, pięknie ale czuję się nieco zwiedzony. Flamberg z kości smoka? Jak to? Dlaczego? Gdzie się podział Miecz Migbłystalny? Gdzie tradycja? Banderzwierz przewraca się w grobie! Ot co!


@ BlindKitty:
Hmm, powiedzmy że to ten sam problem co powyżej

"Beware the Jabberwock, my son!
The jaws that bite, the claws that catch!
Beware the Jubjub bird, and shun
The frumious Bandersnatch!"
Wkrocz w świat mrocznego milenium
The jaws that bite, the claws that catch!
Beware the Jubjub bird, and shun
The frumious Bandersnatch!"
Wkrocz w świat mrocznego milenium

-
- Kok
- Posty: 1228
- Rejestracja: poniedziałek, 28 sierpnia 2006, 21:54
- Numer GG: 8228852
- Lokalizacja: Dziki kraj pod Rosją
Re: [Heroic Fantasy] La Grande Bataille
Taiyu Hozu
Chmura kurzu, którą widać było od kilku minut, wyraźnie zmierzała w kierunku miasta, którym miał się rozgrywać Wielki Turniej. Poruszała się z dużą szybkością. Po chwili było widać czym ona była. Kolejny wojownik przybył, by zmierzyć się z najlepszymi. Koń, na którym jechał, był obładowany niczym juczny, jednak potrafił wytrzymać z obciążeniem w galopie długi czas. Gdy podjechał bliżej, okazało się co wiózł. Broń... Wszystko najlepszej jakości, ale nie wyglądały jakby były wykonane ze zwykłych metali. Do tego jakaś wielka, sztywna torba. Koń miał nad kopytami obwiązane spore worki z czymś dziwnym. Były to obciążniki. Podobne, tylko mniejsze miał jeździec na nadgarstkach. Dziwny typ. Przez całą jazdę nie wypuszczał z ręki ponad dwumetrowego kija, którego bogate zdobienia przypominały te, które miał na swoich ubraniach. Były one mieszanką kolorów białego, złotego, pomarańczowego i czerwieni. Były... Widać po nich było, że przeżyły długie dni podróży. Materiał był niemalże przesiąknięty kurzem i pyłem. Nie miał na sobie zbroi. Jedynym elementem zbroi były karwasze. Miał na sobie dwa pasy. Do jednego z nich były doczepione cztery mieszki, wypełnione jakimś pyłem. Na jego plecach majaczyły resztki płaszcza. Dosłownie resztki. Prawie nic z niego nie zostało. Szary kawał materiału wypełniony tysiącem dziur będących wynikiem wielu walk. Twarz miał wyraźnie zarysowaną, opaloną. Lewe oko było pod przepaską. Drugie oko miał małe, nachylone skośnie do góry. Pochodził zapewne z jednego z dalekowschodnich królestw. Od lewego oka w dół zarysowana była głęboka blizna. Było niemal pewne, że to blizna po mieczu. Miał czarne, długie włosy, spięte w koński ogon. Był w miarę wysoki, a zarazem chudy. Przerastał wieku rosłych wojów. Jednak wydawało się, że nawet słaby cios przeciętnego chłopa mógłby go połamać, albo chociaż przewrócić. Był jeszcze młody, ale zdawało się, że przeżył już wiele. Jego oczy, nie lśniły młodzieńczym blaskiem, a twarz miał pełną powagi. Gdy zszedł z konia, podniosła się kolejna chmura dymu, która opadła z jego ubrania. Otrzepał swe ciuchy. Kolejny raz pył wzniósł się w powietrze. Zdawało się, że odzyskały dawne kolory. Popatrzył po pozostałych przybyłych. W kąciku jego ust, pojawił się mały uśmieszek. Poruszał się wolno. Widać było, że obciążniki nie są dla niego obojętne. Wyraźnie mu ciążyły. Może dlatego, że przecenił swoje siły, a może dlatego, że był wycieńczony. Jego twarz wskazywała na to, że przez ostatnie kilka dni nie dojadał. Stanął w kolejce olbrzymem. Gdyby olbrzym się odmachnął, pewnie byłoby już po świeżo przybyłym wojowniku. Wojak ten patrzył na olbrzyma z pewnym podziwem. Nie znając wielkoluda już docenił jego siłę. Nie chciałby się z nim zmierzyć podczas turnieju. Był jednak ciekaw kogo i w jakich okolicznościach spotka na La Grande Bataille.
--------------------------------------------------
Taiyu szedł spokojnie leśnym traktem, prowadząc swego konia. Wydawało się, że ten zasnął i idzie w pełni ufając swemu właścicielowi. Tak też było. Była późna noc. Taiyu jednak wydawało się, jakby dopiero wstał. Był rześki i pełen energii. Szedł pewnie. Delektował się dźwiękami lasu nocą. Nagle coś zaszeleściło, tuż przy drodze. Zignorował to. Po chwili szelest się powtórzył. Taiyu nadal nie reagował. Chwilę później na drogę wyszedł mężczyzna. Stanął naprzeciw młodzieńca.
- Jesteś sam. Czy nie masz przyjaciół? Nie wiesz, że niebezpiecznie jest chodzić bez obstawy nocą po lasach? - Odezwał się mężczyzna.
Taiyu popatrzył na niego z pogardą. Znowu spuścił wzrok i szedł dalej.
- Mnie się nie ignoruje! To grozi śmiercią! -
Chłopak szedł dalej.
- Panowie! Ten młodzieniec nie chce z nami współpracować! Wiecie co robić! - krzyknął nieznajomy
Na drogę wyskoczyło pięciu ludzi. Dwóch miało kusze, dwóch topory, a ostatni miecz.
- Nie chcecie tego. - powiedział spokojnie Taiyu.
- Chcemy tylko to, co należy do Ciebie! - w tym momencie kusze wystrzeliły.
Powstrzymał się przed kolejnym krokiem. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, odbił lecące w jego stronę bełty. Zanim strzały opadły na ziemię, uderzył kijem tuż przed nimi. Te jakby ożyły własnym życiem i powróciły do strzelców, zagłębiając się w ich trzewiach. Pozostałych trzech rzuciło się na niego. Atakowali ile sił. Chłopak z niezwykłą płynnością ruchów jedynie parował ciosy. Usłyszał, że kolejna osoba wyciąga miecz. Był to mężczyzna, który jako pierwszy wyszedł naprzeciw młodemu wojownikowi. Taiyu wybił się na kilka metrów w górę, zrobił salto po czym wylądował za plecami jednego z przeciwników. Uderzył go kijem w głowę. Ten, zupełnie jakby cios miał siłę całej armii, poleciał obracając się kilkanaście razy przed siebie leciał wprost na przydrożne drzewo. Nawet ono nie wytrzymało tej siły. Pękło, gdy mężczyzna w nie uderzył. Kolejny cios młodziana, przez oko, przebił kolejnemu przeciwnikowi czaszkę. Nim pozostali pojęli co się dzieje, lecieli już na ziemię podcięci ciosem Taiyu. Chłopak wziął porządny zamach i uderzył kijem twarz jednego z nich. Podmuch wiatru oziębił i tak już zimną noc. Było słychać łamane kości. Przeciwnik zawirował nim upadł. Taiyu pochylił się nad ostatnim żyjącym. Popatrzył mu w oczy. Leżący trząsł się ze strachu. W oczach wypisany był tylko strach.
- Czy to już wszystko? - spytał Taiyu.
Leżący tylko się trząsł.
- Cieszę się. Odejdź teraz. - Powiedział chłopak, odsuwając się, a tym samym umożliwiając bandycie ucieczkę.
Mężczyzna zebrał się z ziemi i pobiegł, potykając się kilka razy, co chwile odwracając się, by upewnić się, czy nie jest ścigany.
Taiyu złapał za lejce i szedł dalej... Na Wielki Turniej.
Chmura kurzu, którą widać było od kilku minut, wyraźnie zmierzała w kierunku miasta, którym miał się rozgrywać Wielki Turniej. Poruszała się z dużą szybkością. Po chwili było widać czym ona była. Kolejny wojownik przybył, by zmierzyć się z najlepszymi. Koń, na którym jechał, był obładowany niczym juczny, jednak potrafił wytrzymać z obciążeniem w galopie długi czas. Gdy podjechał bliżej, okazało się co wiózł. Broń... Wszystko najlepszej jakości, ale nie wyglądały jakby były wykonane ze zwykłych metali. Do tego jakaś wielka, sztywna torba. Koń miał nad kopytami obwiązane spore worki z czymś dziwnym. Były to obciążniki. Podobne, tylko mniejsze miał jeździec na nadgarstkach. Dziwny typ. Przez całą jazdę nie wypuszczał z ręki ponad dwumetrowego kija, którego bogate zdobienia przypominały te, które miał na swoich ubraniach. Były one mieszanką kolorów białego, złotego, pomarańczowego i czerwieni. Były... Widać po nich było, że przeżyły długie dni podróży. Materiał był niemalże przesiąknięty kurzem i pyłem. Nie miał na sobie zbroi. Jedynym elementem zbroi były karwasze. Miał na sobie dwa pasy. Do jednego z nich były doczepione cztery mieszki, wypełnione jakimś pyłem. Na jego plecach majaczyły resztki płaszcza. Dosłownie resztki. Prawie nic z niego nie zostało. Szary kawał materiału wypełniony tysiącem dziur będących wynikiem wielu walk. Twarz miał wyraźnie zarysowaną, opaloną. Lewe oko było pod przepaską. Drugie oko miał małe, nachylone skośnie do góry. Pochodził zapewne z jednego z dalekowschodnich królestw. Od lewego oka w dół zarysowana była głęboka blizna. Było niemal pewne, że to blizna po mieczu. Miał czarne, długie włosy, spięte w koński ogon. Był w miarę wysoki, a zarazem chudy. Przerastał wieku rosłych wojów. Jednak wydawało się, że nawet słaby cios przeciętnego chłopa mógłby go połamać, albo chociaż przewrócić. Był jeszcze młody, ale zdawało się, że przeżył już wiele. Jego oczy, nie lśniły młodzieńczym blaskiem, a twarz miał pełną powagi. Gdy zszedł z konia, podniosła się kolejna chmura dymu, która opadła z jego ubrania. Otrzepał swe ciuchy. Kolejny raz pył wzniósł się w powietrze. Zdawało się, że odzyskały dawne kolory. Popatrzył po pozostałych przybyłych. W kąciku jego ust, pojawił się mały uśmieszek. Poruszał się wolno. Widać było, że obciążniki nie są dla niego obojętne. Wyraźnie mu ciążyły. Może dlatego, że przecenił swoje siły, a może dlatego, że był wycieńczony. Jego twarz wskazywała na to, że przez ostatnie kilka dni nie dojadał. Stanął w kolejce olbrzymem. Gdyby olbrzym się odmachnął, pewnie byłoby już po świeżo przybyłym wojowniku. Wojak ten patrzył na olbrzyma z pewnym podziwem. Nie znając wielkoluda już docenił jego siłę. Nie chciałby się z nim zmierzyć podczas turnieju. Był jednak ciekaw kogo i w jakich okolicznościach spotka na La Grande Bataille.
--------------------------------------------------
Taiyu szedł spokojnie leśnym traktem, prowadząc swego konia. Wydawało się, że ten zasnął i idzie w pełni ufając swemu właścicielowi. Tak też było. Była późna noc. Taiyu jednak wydawało się, jakby dopiero wstał. Był rześki i pełen energii. Szedł pewnie. Delektował się dźwiękami lasu nocą. Nagle coś zaszeleściło, tuż przy drodze. Zignorował to. Po chwili szelest się powtórzył. Taiyu nadal nie reagował. Chwilę później na drogę wyszedł mężczyzna. Stanął naprzeciw młodzieńca.
- Jesteś sam. Czy nie masz przyjaciół? Nie wiesz, że niebezpiecznie jest chodzić bez obstawy nocą po lasach? - Odezwał się mężczyzna.
Taiyu popatrzył na niego z pogardą. Znowu spuścił wzrok i szedł dalej.
- Mnie się nie ignoruje! To grozi śmiercią! -
Chłopak szedł dalej.
- Panowie! Ten młodzieniec nie chce z nami współpracować! Wiecie co robić! - krzyknął nieznajomy
Na drogę wyskoczyło pięciu ludzi. Dwóch miało kusze, dwóch topory, a ostatni miecz.
- Nie chcecie tego. - powiedział spokojnie Taiyu.
- Chcemy tylko to, co należy do Ciebie! - w tym momencie kusze wystrzeliły.
Powstrzymał się przed kolejnym krokiem. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, odbił lecące w jego stronę bełty. Zanim strzały opadły na ziemię, uderzył kijem tuż przed nimi. Te jakby ożyły własnym życiem i powróciły do strzelców, zagłębiając się w ich trzewiach. Pozostałych trzech rzuciło się na niego. Atakowali ile sił. Chłopak z niezwykłą płynnością ruchów jedynie parował ciosy. Usłyszał, że kolejna osoba wyciąga miecz. Był to mężczyzna, który jako pierwszy wyszedł naprzeciw młodemu wojownikowi. Taiyu wybił się na kilka metrów w górę, zrobił salto po czym wylądował za plecami jednego z przeciwników. Uderzył go kijem w głowę. Ten, zupełnie jakby cios miał siłę całej armii, poleciał obracając się kilkanaście razy przed siebie leciał wprost na przydrożne drzewo. Nawet ono nie wytrzymało tej siły. Pękło, gdy mężczyzna w nie uderzył. Kolejny cios młodziana, przez oko, przebił kolejnemu przeciwnikowi czaszkę. Nim pozostali pojęli co się dzieje, lecieli już na ziemię podcięci ciosem Taiyu. Chłopak wziął porządny zamach i uderzył kijem twarz jednego z nich. Podmuch wiatru oziębił i tak już zimną noc. Było słychać łamane kości. Przeciwnik zawirował nim upadł. Taiyu pochylił się nad ostatnim żyjącym. Popatrzył mu w oczy. Leżący trząsł się ze strachu. W oczach wypisany był tylko strach.
- Czy to już wszystko? - spytał Taiyu.
Leżący tylko się trząsł.
- Cieszę się. Odejdź teraz. - Powiedział chłopak, odsuwając się, a tym samym umożliwiając bandycie ucieczkę.
Mężczyzna zebrał się z ziemi i pobiegł, potykając się kilka razy, co chwile odwracając się, by upewnić się, czy nie jest ścigany.
Taiyu złapał za lejce i szedł dalej... Na Wielki Turniej.

Fioletowy Front Wyzwolenia Mrówek
Klub Przyjaciół Kawy

-
- Bombardier
- Posty: 639
- Rejestracja: niedziela, 1 października 2006, 17:54
- Numer GG: 10499479
- Lokalizacja: Stalowa Wola
Re: [Heroic Fantasy] La Grande Bataille
Tu zdecydowanie przyada się jakaś mała mechanizacja, bo gdy stanie alfons przekoks i kos przealfons naprzeciw siebie i animujący ich gracze zaczną w długachnych postach opisywać dlaczego to ich alfons, lub koks jest zajebiściejszy i właśnie on wygra, mogą wyniknąć sytuacje komiczne 


-
- Kok
- Posty: 1228
- Rejestracja: poniedziałek, 28 sierpnia 2006, 21:54
- Numer GG: 8228852
- Lokalizacja: Dziki kraj pod Rosją
Re: [Heroic Fantasy] La Grande Bataille
Właśnie chodzi o to. Gracze mają pisać jak najlepiej mogą. Tylko to może spowodować, że nie zginą.

Fioletowy Front Wyzwolenia Mrówek
Klub Przyjaciół Kawy

-
- Bombardier
- Posty: 639
- Rejestracja: niedziela, 1 października 2006, 17:54
- Numer GG: 10499479
- Lokalizacja: Stalowa Wola
Re: [Heroic Fantasy] La Grande Bataille
Ale jeżeli ktoś pięknie w pierwszym poście napisze, że odcina ci głowę i opisze jak bajeczne piuropusze krwi roztacza ona obracając się w powietrzu, to gdzie w tym sprawiedliwość, demokracja i interakcja?

-
- Kok
- Posty: 1228
- Rejestracja: poniedziałek, 28 sierpnia 2006, 21:54
- Numer GG: 8228852
- Lokalizacja: Dziki kraj pod Rosją
Re: [Heroic Fantasy] La Grande Bataille
Znając Kota. Znajdzie sposób na rozstrzygnięcie takich problemów.

Fioletowy Front Wyzwolenia Mrówek
Klub Przyjaciół Kawy

-
- Bosman
- Posty: 2074
- Rejestracja: wtorek, 7 grudnia 2004, 07:23
- Numer GG: 6094143
- Lokalizacja: Roanapur
- Kontakt:
Re: [Heroic Fantasy] La Grande Bataille
Sasza, ale gracz nie napisze pięknie, że odcina ci głowę bo to nie leży w jego kompetencjach. Można co najwyżej pięknie opisać jak rzuca się do przodu i potężnym cięciem ma zamiar pozbawić cię tejże istotnej części ciała. A wtedy ty albo równie pięknie/piękniej opisujesz niesamowity unik/blok/kontrę albo tracisz głowę. Przecież to podstawa, że posty na sesjach tego typu są deklaracjami a nie opisem efektu działania.
Spłodził największe potwory - wielkiego wilka Fenrira, węża Midgardsorma i boginię umarłych Hel.
Nordycka Zielona Lewica

Nordycka Zielona Lewica

