
'I umarli poganie...'


-
- Tawerniany Che Wiewióra
- Posty: 1529
- Rejestracja: niedziela, 13 listopada 2005, 16:55
- Numer GG: 0
- Lokalizacja: Warszawa

-
- Tawerniak
- Posty: 1616
- Rejestracja: poniedziałek, 12 września 2005, 08:47
- Numer GG: 5879500
- Lokalizacja: Opole
- Kontakt:
No jak to ma tak wyglądać... Ja jestem tylko biednym, niedouczonym neuroshimowcem
Mogę to nadrobić przekleństwami, ale ja gram kobietą 


http://niwia.myforum.pl/ - forum Opolskiego klubu RPG i fantastyki
http://my.opera.com/gimnazjon/blog/ - sport, ruch, zdrowie, itepe
http://my.opera.com/gimnazjon/blog/ - sport, ruch, zdrowie, itepe


-
- Bosman
- Posty: 1864
- Rejestracja: poniedziałek, 25 kwietnia 2005, 20:51
- Numer GG: 5454998
A ja sie przyczepie do broni:
1) brak mieczow i wloczni! To byla podstawa uzbrojenia (szczegolnie juz wlocznia)
2) nie walczono wtedu buzdyganami. Jest to bron typowa dla zaawansowanego sredniowiecza, spopularyzowana podczas krucjat wsrod rycetswa. Walczyli nia glownie ksieza-wojownicy, gdyz mieli oni zakaz przelewania krwi.
A oto i postac. Jak na cos wpadne (ew mg ma jakies sugestie na pw), to jeszcze ja zmodyfikuje
Imię - Theodoryk, syn Ziemowita, syna Eadgelisa, wnuka Eanmunda, brata Rodericha
Pochodzenie - specjalne: Wareg
Klasa - Woj
Wygląd - Theodoryk jest krzepkim mezczyzna okolo dwudziestki. Jest sredniego wzrostu, oczy ma kolory blekitnego, zas jego blond wlasy splecione sa w warkocz, ktory siego mu az do pasa. Na sobie ma lniana koszule przykryta kolczuga, nosi tez skorzane spodne i buty o cholewach siegajacych polowy lydek. Ma tez na sobie plasz ze skory niedzwiedzia. Przy lewym boju spoczywa miecz, na plecach zas zawieszone ma tarcze i wlocznie.
Rys historii - Theodoryk z pochodzenia jest Waregiem. Jego przodek przybyl na rus wraz z ekspedycja Rodericha (Ruryka). Razem z nim zdobywali Nowogrod. Wiele bitew stoczyli, jednak w tym niespokojnym czasie Eanmunda znalazlW koncu znalazl on zone wsrod slowian. Tak powstal dumny rod, z ktorego wywodzi sie Theodoryk. Wsrod tej galezi rodziny, zywe zostaly wiezenia wikingow, choc pojawily sie interpolacje slowianskie.
Theodoryk mlodosc spedzil w okolicach Kojowa. Tam tez sie szkolil w sztuce wojennej. Od zawsze byl mlodziencem porywczym, nie bojacym sie podejmowac wyzwan, by udowodnic swoja sile. Dlatego tez z taka checia bral udzial we wszelakich bitwach, gdy tylko nadarzyla sie okazja. Zeby nieco poskromic temperament syna i nauczyc go, ze walka to nie wszystko, ojciec postanowil wyslac go z poselstwem na ziemie nowopowstalego panstwa polan. Mimo, ze Theodorykowi nie spodobala sie ta decyzja, nie sprzeciwil sie ojcu i wyruszyl w droge.
Ekwipunek
- wlocznia
- miecz
- kolczuga (dziedzictwo)
- tarcza drewniana, okragla
- nieco zlota
- torba z roznymi duperelami
- Noz
- 6-osobowa druzyna towarzyszy.
1) brak mieczow i wloczni! To byla podstawa uzbrojenia (szczegolnie juz wlocznia)
2) nie walczono wtedu buzdyganami. Jest to bron typowa dla zaawansowanego sredniowiecza, spopularyzowana podczas krucjat wsrod rycetswa. Walczyli nia glownie ksieza-wojownicy, gdyz mieli oni zakaz przelewania krwi.
A oto i postac. Jak na cos wpadne (ew mg ma jakies sugestie na pw), to jeszcze ja zmodyfikuje





Theodoryk mlodosc spedzil w okolicach Kojowa. Tam tez sie szkolil w sztuce wojennej. Od zawsze byl mlodziencem porywczym, nie bojacym sie podejmowac wyzwan, by udowodnic swoja sile. Dlatego tez z taka checia bral udzial we wszelakich bitwach, gdy tylko nadarzyla sie okazja. Zeby nieco poskromic temperament syna i nauczyc go, ze walka to nie wszystko, ojciec postanowil wyslac go z poselstwem na ziemie nowopowstalego panstwa polan. Mimo, ze Theodorykowi nie spodobala sie ta decyzja, nie sprzeciwil sie ojcu i wyruszyl w droge.

- wlocznia
- miecz
- kolczuga (dziedzictwo)
- tarcza drewniana, okragla
- nieco zlota
- torba z roznymi duperelami
- Noz
- 6-osobowa druzyna towarzyszy.
Ostatnio zmieniony czwartek, 26 stycznia 2006, 19:25 przez Craw, łącznie zmieniany 1 raz.

-
- Bombardier
- Posty: 622
- Rejestracja: wtorek, 4 października 2005, 15:21
O mieczach napisałam już, że nie były najpopularniejszą bronią w słowiańskich państwach. A co do włóczni...<głupek> zapomniałam ^^'Craw pisze:A ja sie przyczepie do broni:
1) brak mieczow i wloczni! To byla podstawa uzbrojenia (szczegolnie juz wlocznia)
Fie fye foe fum,
I smell the blood of the asylum.
I smell the blood of the asylum.

-
- Marynarz
- Posty: 200
- Rejestracja: piątek, 23 grudnia 2005, 13:56
- Numer GG: 3511208
- Lokalizacja: Grajewo
- Kontakt:


-
- Bombardier
- Posty: 622
- Rejestracja: wtorek, 4 października 2005, 15:21

-
- Bombardier
- Posty: 622
- Rejestracja: wtorek, 4 października 2005, 15:21
Sesja pawdopodobnie zostanie rozpoczęt jutro. Mam tylko jedno pytanie do graczy: Czy wolicie pisać(bądź żebym ja pisała^_^) językiem czysto słowiańskim, czy tylko stylizowanym na taki? Ostrzegam: w piewszym przypadku będzie bardzo trudno 'odcyfrować' wypowiedzi 

Fie fye foe fum,
I smell the blood of the asylum.
I smell the blood of the asylum.

-
- Marynarz
- Posty: 298
- Rejestracja: niedziela, 18 grudnia 2005, 19:02
- Lokalizacja: Szczecin
Jeżeli chodzi o mnie - to jest mi wszystko jedno. Da radę i tak i tak.
Jednak nie widzę w tym zbyt wielkiego sensu. Wiadomo, że nie będziemy się posługiwać ówczesnym językiem (bowiem z tego okresu pochodzą tylko wzmianki o coniektórych imionach, o języku nie ma właściwie mowy) a conajwyżej tym parę wieków starszym. No i z racji niewielkiej ilości źródeł, jakie się zachowały - uboższym, skazanym na wielokrotne powtarzanie tych samych słów.
Wydaje mi się, że to by mocno ograniczyło sesję. Myślę, że wiele ciekawiej i czytelniej będzie używać pseudohistorycznej mieszanki od ściśle słowiańskieego języka.
Jednak nie widzę w tym zbyt wielkiego sensu. Wiadomo, że nie będziemy się posługiwać ówczesnym językiem (bowiem z tego okresu pochodzą tylko wzmianki o coniektórych imionach, o języku nie ma właściwie mowy) a conajwyżej tym parę wieków starszym. No i z racji niewielkiej ilości źródeł, jakie się zachowały - uboższym, skazanym na wielokrotne powtarzanie tych samych słów.
Wydaje mi się, że to by mocno ograniczyło sesję. Myślę, że wiele ciekawiej i czytelniej będzie używać pseudohistorycznej mieszanki od ściśle słowiańskieego języka.
If the ocean was vodka
And I were a duck
I would swim to the bottom
And never come up
But since it ain't vodka
And I'm not a duck
Pass me the bottle
And shut the fuck up
And I were a duck
I would swim to the bottom
And never come up
But since it ain't vodka
And I'm not a duck
Pass me the bottle
And shut the fuck up



-
- Marynarz
- Posty: 298
- Rejestracja: niedziela, 18 grudnia 2005, 19:02
- Lokalizacja: Szczecin
W razie jakby sesja się rozpoczęła, chciałabym prosić o usprawiedliwienie chwilowej niedyspozycji Eglaresta.
Dołączy nieco później, bodajże na początku marca (jak dobrze pójdzie).
Przepraszam w jego imieniu.
Dołączy nieco później, bodajże na początku marca (jak dobrze pójdzie).
Przepraszam w jego imieniu.
If the ocean was vodka
And I were a duck
I would swim to the bottom
And never come up
But since it ain't vodka
And I'm not a duck
Pass me the bottle
And shut the fuck up
And I were a duck
I would swim to the bottom
And never come up
But since it ain't vodka
And I'm not a duck
Pass me the bottle
And shut the fuck up

-
- Szczur Lądowy
- Posty: 15
- Rejestracja: piątek, 10 marca 2006, 17:31
Jeśli nie ma ochoty tego czytać, to opiszę w skrócie - Villemo poprosiła mnie, żebym ją zastępiła przy MG-owaniu na tej sesji. Jeśli ktoś chciałby grać, to proszę o zgłaszanie się. Dank u voor aandacht
Astarte biegła ku prastarym ruinom. Zatrzymała się przy nich. Niedługo znikną zupełnie, pomyślała. Znikną, zapadną się pod ziemię, zarośnie je trawa, może kiedyś staną na nich domy. Za sto lat nikt już nie będzie pamiętać, że było tu coś wcześniej. Wejście kryło się wśród powykrzywianych wiatrem drzew. Astarte wspięła się na jakiś murek, zarośnięty mchem i trawą. Znalazła otwór wejściowy. Musiały bawić się tu dzieci, świadczył o tym porzucony, połamany drewniany konik. Znalazła się w labiryncie korytarzy. Stanęła na chwilę, wczuwając się w nastrój miejsca, i bez wahania obrała kierunek. Potykała się o kamienie, które odpadły od ścian, obchodziła dokoła kałuże powstałe pod wielkimi dziurami w dachu. W końcu znalazła się w pomieszczeniu przypominającym kryptę. W atmosferze gęstej od cierpień zmarłych ludzi. Tu musiała być ciemnica. Księżyc świecił przez otwór w dachu. Astarte usadowiła się na porośniętym trawą wzgórku. W kątach dostrzegała coś białego, z pewnością kości umarłych. Nikt tu nie przychodził, a w każdym razie nie dzieci. Trwała tak nieruchomo, z zamkniętymi oczami. Już po chwili rozróżniała głosy umarłych, szepczący chór minionych wieków. Było jej obojętne, czy przywołała je jej własna wyobraźnia, czy też słyszała naprawdę. Dla niej było to tak samo rzeczywiste. Astarte odpowiedziała na ich wołanie, spokojnie z nimi rozmawiała. Miała wrażenie, że obok usiadła jakaś niewidzialna postać, poczuła, że stanowi jedno z tymi wszystkimi nieszczęśnikami. Ona ich rozumiała, oni rozumieli ją. To nieważne, że mogli być tylko tworami jej wyobraźni. - Jestem samotna - szeptała. - Tak okropnie samotna wśród ludzi bez fantazji. Jak dobrze być tu z wami, którzy znacie już ten drugi świat. - Kolejno wyłaniały się z ciemności widma zamęczonych na śmierć dawno temu. Wrażliwi ludzie czasami potrafili dostrzec przez jedno mgnienie oka ich cienie. To był świat Astarte, do niego właśnie należała. Ona widziała i w pełni wyczuwała rozpacz, jaka była udziałem zamkniętych w tej dziurze skazańców, świadomych swego losu, pewnych, że ratunek nigdy nie nadejdzie, że jedyne, co ich czeka, to powolna śmierć w męczarniach. Naraz wszystkie zjawy zniknęły. Usłyszała ciężkie kroki w korytarzu. - To ty, Villemo? - Odpowiedziała jej cisza. Zaniepokojona dziewczyna podniosła się ziemi. Usłyszała jakiś szept. - Chodź! - Początkowo sądziła, że to echo jej własnego głosu, wkrótce jednak ukazała się także twarz. Szelmowska, skora do śmiechu twarz, gotowa pożartować ze zdolnymi krewniakami. - Chodź! - powiedział głos. Twarz powoli rozpłynęła się w półmroku. Las dookoła stał ciemny i milczący. Migotliwe, błękitne światło otulało ziemię, żyzne pola i pokryte nocną rosą łąki. Wąski sierp księżyca obwiedziony był ogromnym, jaśniejącym kręgiem. Świat jakby wstrzymał oddech w tę cichą noc. Sierp księżyca stał się prawie niewidoczny, przesłoniła go gęsta chmura. Astarte nagle drgnęła. Porusza się tam jakiś cień, czy jej się tylko zdawało? Daleko, na skraju lasu... Z lasu przez łąki zbliżało się coś albo ktoś... Jakieś duże zwierzę? Za duże jak na łosia, nie, to nie jest zwierzę. Bardzo przypomina ludzką postać to coś rozpływającego się, co tak szybko sunie po mokrej od rosy trawie. Zbliża się, idzie prosto do lasu. Dziewczyna pobiegła za cieniem. Mgła przed oczami zgęstniała, a szum w uszach stał się ogłuszający. Astarte oderwała się od rzeczywistości i zanurzyła w inny świat. A może zapadła w sen? Nie potrafiła tego ocenić, miała wrażenie, że jej myśli zlepiają się w jedno. Ukazały się odrażające, powykrzywiane twarze, nacierały na nią i kolejno znikały, ustępując miejsca następnym. Para wytrzeszczonych oczu nad długą na łokieć wargą, przegniła harpia, roześmiane oblicze diabła, mówiąca ludzkim głosem końska głowa o okropnych człowieczych oczach, triumfujących, pełnych nienawiści... Widziadła nakładały się jedno na drugie. Był tam ten cień. Podszedł do dziewczyny i chciał ją dotknąć, ale ona odmawiała, bo był taki zimny, tak lodowato zimny, że przemarzła do szpiku kości. Uśmiechnął się łakomym wykrzywionym uśmiechem, a Astarte zaczęła spadać dalej i dalej w głąb ogromnej przepaści, coraz niżej, w świat lodu i ciemności... Wizje zmieniały charakter. Nadal były przerażające, ale jakby bardziej zrozumiałe, nie tak skondensowane. Znalazła się na otwartej przestrzeni, chłodnej, wręcz zimnej, w kolorze bieli z odcieniem błękitu. Ujrzała ciężko załadowaną łódź, odbijającą od pustej plaży. To łódź śmierci, pomyślała. Zawiezie mnie do krainy umarłych. Ratunku, pomocy, nie chcę umierać, jeszcze nie… Przewoźnik miał śmiertelnie bladą twarz i surowo patrzące czarne oczy. Astarte zbliżała się do plaży, niesiona przez chwiejnie stąpającego kościstego konia Hel. Łódź nie była jeszcze gotowa na jego przyjęcie. Odpływała od brzegu z innym ładunkiem. Zatrzymała się teraz na wodzie w pobliżu stromej skały. Przewoźnik podniósł się i wyrzucił jakieś ciało za burtę. Do zwłok przywiązane były ciężkie głazy. - Sądziłam, że przepływa się na drugą stronę - powiedziała dziewczyna głośno. Wyłupiaste oczy przewoźnika natychmiast zwróciły się ku niej. - Dlaczego zabraliście ją tutaj? Nic tu po niej! - powiedział. Łódź nadal kołysała się po wyrzuceniu ciała do wody. Koń Hel zawrócił, oddalając się od brzegu. Rozkołysana podróż trwała jakby w zwolnionym tempie. Było zimno, Astarte czuła na twarzy dotyk trupich palców. Ponownie zapadła w ciemność. Z trudem powracała do zimnej, nieprzyjemnej rzeczywistości. Głowę miała ciężką jak ołów, ciarki przechodziły jej po krzyżu. W uszach dzwoniło przy najlżejszym ruchu. Leżała wśród wysokich drzew, ich wierzchołki przesłaniała poranna mgła. Astarte oparła się łokciami o ziemię i uniosła głowę. Aż jęknęła z bólu spowodowanego tym niewielkim ruchem. Rozejrzała się wokół. Tuż przy niej leżała kartka zapisana gotyckimi literami o kolorze zakrzepłej krwi. Z trudem podniosła ją na wysokość oczu. - http://www.tawerna.rpg.pl/forum/ - zobacz rekrutację, sesję „I umarli poganie” - Jest twoja. Villemo
Astarte biegła ku prastarym ruinom. Zatrzymała się przy nich. Niedługo znikną zupełnie, pomyślała. Znikną, zapadną się pod ziemię, zarośnie je trawa, może kiedyś staną na nich domy. Za sto lat nikt już nie będzie pamiętać, że było tu coś wcześniej. Wejście kryło się wśród powykrzywianych wiatrem drzew. Astarte wspięła się na jakiś murek, zarośnięty mchem i trawą. Znalazła otwór wejściowy. Musiały bawić się tu dzieci, świadczył o tym porzucony, połamany drewniany konik. Znalazła się w labiryncie korytarzy. Stanęła na chwilę, wczuwając się w nastrój miejsca, i bez wahania obrała kierunek. Potykała się o kamienie, które odpadły od ścian, obchodziła dokoła kałuże powstałe pod wielkimi dziurami w dachu. W końcu znalazła się w pomieszczeniu przypominającym kryptę. W atmosferze gęstej od cierpień zmarłych ludzi. Tu musiała być ciemnica. Księżyc świecił przez otwór w dachu. Astarte usadowiła się na porośniętym trawą wzgórku. W kątach dostrzegała coś białego, z pewnością kości umarłych. Nikt tu nie przychodził, a w każdym razie nie dzieci. Trwała tak nieruchomo, z zamkniętymi oczami. Już po chwili rozróżniała głosy umarłych, szepczący chór minionych wieków. Było jej obojętne, czy przywołała je jej własna wyobraźnia, czy też słyszała naprawdę. Dla niej było to tak samo rzeczywiste. Astarte odpowiedziała na ich wołanie, spokojnie z nimi rozmawiała. Miała wrażenie, że obok usiadła jakaś niewidzialna postać, poczuła, że stanowi jedno z tymi wszystkimi nieszczęśnikami. Ona ich rozumiała, oni rozumieli ją. To nieważne, że mogli być tylko tworami jej wyobraźni. - Jestem samotna - szeptała. - Tak okropnie samotna wśród ludzi bez fantazji. Jak dobrze być tu z wami, którzy znacie już ten drugi świat. - Kolejno wyłaniały się z ciemności widma zamęczonych na śmierć dawno temu. Wrażliwi ludzie czasami potrafili dostrzec przez jedno mgnienie oka ich cienie. To był świat Astarte, do niego właśnie należała. Ona widziała i w pełni wyczuwała rozpacz, jaka była udziałem zamkniętych w tej dziurze skazańców, świadomych swego losu, pewnych, że ratunek nigdy nie nadejdzie, że jedyne, co ich czeka, to powolna śmierć w męczarniach. Naraz wszystkie zjawy zniknęły. Usłyszała ciężkie kroki w korytarzu. - To ty, Villemo? - Odpowiedziała jej cisza. Zaniepokojona dziewczyna podniosła się ziemi. Usłyszała jakiś szept. - Chodź! - Początkowo sądziła, że to echo jej własnego głosu, wkrótce jednak ukazała się także twarz. Szelmowska, skora do śmiechu twarz, gotowa pożartować ze zdolnymi krewniakami. - Chodź! - powiedział głos. Twarz powoli rozpłynęła się w półmroku. Las dookoła stał ciemny i milczący. Migotliwe, błękitne światło otulało ziemię, żyzne pola i pokryte nocną rosą łąki. Wąski sierp księżyca obwiedziony był ogromnym, jaśniejącym kręgiem. Świat jakby wstrzymał oddech w tę cichą noc. Sierp księżyca stał się prawie niewidoczny, przesłoniła go gęsta chmura. Astarte nagle drgnęła. Porusza się tam jakiś cień, czy jej się tylko zdawało? Daleko, na skraju lasu... Z lasu przez łąki zbliżało się coś albo ktoś... Jakieś duże zwierzę? Za duże jak na łosia, nie, to nie jest zwierzę. Bardzo przypomina ludzką postać to coś rozpływającego się, co tak szybko sunie po mokrej od rosy trawie. Zbliża się, idzie prosto do lasu. Dziewczyna pobiegła za cieniem. Mgła przed oczami zgęstniała, a szum w uszach stał się ogłuszający. Astarte oderwała się od rzeczywistości i zanurzyła w inny świat. A może zapadła w sen? Nie potrafiła tego ocenić, miała wrażenie, że jej myśli zlepiają się w jedno. Ukazały się odrażające, powykrzywiane twarze, nacierały na nią i kolejno znikały, ustępując miejsca następnym. Para wytrzeszczonych oczu nad długą na łokieć wargą, przegniła harpia, roześmiane oblicze diabła, mówiąca ludzkim głosem końska głowa o okropnych człowieczych oczach, triumfujących, pełnych nienawiści... Widziadła nakładały się jedno na drugie. Był tam ten cień. Podszedł do dziewczyny i chciał ją dotknąć, ale ona odmawiała, bo był taki zimny, tak lodowato zimny, że przemarzła do szpiku kości. Uśmiechnął się łakomym wykrzywionym uśmiechem, a Astarte zaczęła spadać dalej i dalej w głąb ogromnej przepaści, coraz niżej, w świat lodu i ciemności... Wizje zmieniały charakter. Nadal były przerażające, ale jakby bardziej zrozumiałe, nie tak skondensowane. Znalazła się na otwartej przestrzeni, chłodnej, wręcz zimnej, w kolorze bieli z odcieniem błękitu. Ujrzała ciężko załadowaną łódź, odbijającą od pustej plaży. To łódź śmierci, pomyślała. Zawiezie mnie do krainy umarłych. Ratunku, pomocy, nie chcę umierać, jeszcze nie… Przewoźnik miał śmiertelnie bladą twarz i surowo patrzące czarne oczy. Astarte zbliżała się do plaży, niesiona przez chwiejnie stąpającego kościstego konia Hel. Łódź nie była jeszcze gotowa na jego przyjęcie. Odpływała od brzegu z innym ładunkiem. Zatrzymała się teraz na wodzie w pobliżu stromej skały. Przewoźnik podniósł się i wyrzucił jakieś ciało za burtę. Do zwłok przywiązane były ciężkie głazy. - Sądziłam, że przepływa się na drugą stronę - powiedziała dziewczyna głośno. Wyłupiaste oczy przewoźnika natychmiast zwróciły się ku niej. - Dlaczego zabraliście ją tutaj? Nic tu po niej! - powiedział. Łódź nadal kołysała się po wyrzuceniu ciała do wody. Koń Hel zawrócił, oddalając się od brzegu. Rozkołysana podróż trwała jakby w zwolnionym tempie. Było zimno, Astarte czuła na twarzy dotyk trupich palców. Ponownie zapadła w ciemność. Z trudem powracała do zimnej, nieprzyjemnej rzeczywistości. Głowę miała ciężką jak ołów, ciarki przechodziły jej po krzyżu. W uszach dzwoniło przy najlżejszym ruchu. Leżała wśród wysokich drzew, ich wierzchołki przesłaniała poranna mgła. Astarte oparła się łokciami o ziemię i uniosła głowę. Aż jęknęła z bólu spowodowanego tym niewielkim ruchem. Rozejrzała się wokół. Tuż przy niej leżała kartka zapisana gotyckimi literami o kolorze zakrzepłej krwi. Z trudem podniosła ją na wysokość oczu. - http://www.tawerna.rpg.pl/forum/ - zobacz rekrutację, sesję „I umarli poganie” - Jest twoja. Villemo
NIE JESTEM VILLEMO. PROSZĘ PRZESTAĆ MNIE MĘCZYĆ!

-
- Tawerniany Che Wiewióra
- Posty: 1529
- Rejestracja: niedziela, 13 listopada 2005, 16:55
- Numer GG: 0
- Lokalizacja: Warszawa

-
- Marynarz
- Posty: 200
- Rejestracja: piątek, 23 grudnia 2005, 13:56
- Numer GG: 3511208
- Lokalizacja: Grajewo
- Kontakt:
